Muzyka: Zara Larsson - Uncover
Umrzemy
To jest tylko kwestią czasu
Ciężkie czasy nadchodzą
Dobre czasy odchodzą
Albo odejdę w mgnieniu oka
Albo będę tutaj do gorzkiego końca
Nigdy nie wiem
Co z tego co mam sprawi, że poczujesz się żywsza
~BIANCA~
Dyrektorzy przeszli po chwili, pogrążeni w ożywionej rozmowie, nie zwracali uwagi na nic wokół. Odczekałam jeszcze kilka chwil, po czym zabrałam rękę i po omacku poszukałam włącznika światła.
Zmrużyłam oczy, kiedy zrobiło się jasno. Okazało się, że pomiędzy mną, a chłopakiem jest tylko kilku centymetrowa przerwa. Odsunęłam się gwałtownie, potykając się o coś metalowego. Upadłam, potrącając drugą szafkę, która znajdowała się za moimi plecami. Kolejne rolki papieru posypały się na nas. Leżeliśmy oboje na podłodze, tonąc w papierze toaletowym. Podniosłam wzrok na pielęgniarza i przez chwilę patrzyłam mu w oczy, po czym oboje się roześmialiśmy.
Pierwszy raz od dwóch lat śmiałam się tak głośno, jak tylko mi na to pozwalały płuca. Po paru minutach rozbolał mnie brzuch. Już nie pamiętam kiedy ostatnio tak cieszyłam się z bólu. Chłopak wstał i wtedy rozpoznałam w nim mojego opiekuna.
- Och - mruknęłam, opanowując się już całkowicie. - To ty. Co tu robisz?
Podał mi rękę, by pomóc mi wstać, ale zignorowałam ją. Wstałam, otrzepując tyłek z niewidzialnego kurzu.
- To ja powinienem cię o to zapytać. Powinnaś być teraz u siebie. Za chwilę Pagie przyjdzie do twojego pokoju, żaby zabrać cię na badania. - zmarszczył brwi.
- No tak. Drzwi były otwarte. No to sobie wyszłam - wyjaśniłam, z uśmiechem. Pokręcił głową i schylił się, by pozbierać rolki.
- Co tu robiłeś? - zapytałam, układając papier z powrotem na półkach.
- Dyrektor zamówił kolejne paczki papieru i musiałem je tu poustawiać - mruknął, niezadowolony.
- Wydaje mi się, że wystarczy go na co najmniej rok - zauważyłam. Wzruszył tylko ramionami.
- Powinnaś wracać do siebie. Nie mogą cię tu zobaczyć. Tym bardziej ze mną - uniósł brew, odwracając się do mnie. Westchnęłam.
- Pewnie powinnam. Ale chyba gorzej będzie, jak zobaczą mnie samą, spacerującą sobie po korytarzu. Lepiej chodź ze mną. Zawsze możesz powiedzieć, że oprowadzałeś mnie po budynku.
- Już to robiłem - zauważył, wychodząc z komórki i rozglądając się po korytarzu.
- Co z tego? Siedzenie cały dzień w pokoju robi się nudne.
Zaśmiał się cicho i zamknął na klucz papier.
- Żeby nikt go nie ukradł - wyjaśnił przyciszonym głosem. Uśmiechnęłam się. Ruszył w kierunku mojego pokoju, a ja za nim.
Drzwi były nadal otwarte i wyglądało na to, że nikt tego nie zauważył. Pielęgniarz zaprosił mnie ręką do środka i złapał za klamkę. Odwróciłam się gwałtownie.
- Czekaj. - Uniósł głowę i przyjrzał mi się. - Jak masz na imię?
Uśmiechnął się, wkładając klucz do dziurki.
- Louis - po czym zamknął drzwi i przekręcił klucz.
~ HARRY~
Gdy tylko przekroczyłem próg drzwi sali dla pracowników, złapała mnie nasza pani kierownik.
Pewnie będzie chciała wiedzieć, jak poradziłem sobie z panem Moore. Zapytała, tak jakby czytała mi w myślach.
- I jak? Poszedł sobie?
Kiwałem głową, zabierając z niewielkiej lodówki wodę. Podczas gdy ja piłem, Gretta nie spuszczała ze mnie wzroku. W końcu nie wytrzymałem jej dziwnego spojrzenia i spytałem o co jej chodzi. Kobieta wypuściła ze świstem powietrze, tak jakby chciała wypluć wszystkie niepotrzebne myśli, po czym machnęła ręką.
- Jestem najzwyczajniej w świecie zdziwiona. Bardzo zdziwiona - oznajmiła, a potem sięgnęła po dossier z metalowej szafki. Przez chwilę czytała coś w dokumentach, ale przeszkodził jej Louis. Chłopak wparował do pomieszczenia jak burza.
- Louis! Mówiłam ci, żebyś tak nie robił! - zawołała z wyrzutem kobieta. - Zawału kiedyś dostanę - dodała ciszej, a jej rozszerzone oczy wróciły do kartki.
- Wybacz, Margretto. Przyszedłem ci powiedzieć, że pan dyrektor cię wzywa - powiedział, podpierając się w bokach. Wszyscy wymieniliśmy się spojrzeniami. Hetfield wzywa do siebie zazwyczaj, gdy chce kogoś ochrzanić. Nie jeden pracownik wylądował u niego na dywaniku. Ja na szczęście nie. Jeszcze.
- To coś ważnego? Mówił ci coś? - pytała Gretta, trochę wystraszona. Myślę, że ona nie bała się samego dyrektora, ale miałem przeczucie że Margretta nie chce stracić posady. Dobra jest w tym co robi, pracownicy, jak i pacjenci ją lubią, to dzięki niej jeszcze nie zwariowałem przez państwo Hetfield. W najgorszych koszmarach nie chciałbym śnić o pani Anabell Hetfield jako naszej kierowniczce. Przed moimi oczami ukazał się odrażający obraz pani dyrektorowej, a na jej twarzy ten szatański uśmiech - jedyny rodzaj uśmiechów z jej listy.
Po chwili zauważyłem, jak mój przyjaciel macha dłonią, centralnie przed moją twarzą.
- Ziemia do Smith'a - wymruczał Louis, bacznie mnie obserwując, tak jak kilka minut temu Gretta.
- Wszystko okej? Jakiś dziwny jesteś - zauważył, po czym rozsiadł się wygodnie na kanapie.
Uniosłem brwi i już chciałem powiedzieć, że niedawno musiałem wyprowadzić pijanego ojca Odriee ze szpitala, ale powstrzymałem się. Po jakiego grzyba wszyscy muszą o tym wiedzieć?
- Jest dobrze - wysiliłem się na uśmiech. Na szczęście chłopak o nic więcej nie pytał.
Kątem oka spojrzałem na dossier, który zostawiła Gretta na widoku. Ne wiem dlaczego, ale jego zielony kolor podpowiadał mi bym zaglądnął do niego. Przez chwilę rozważałem czy powinienem to robić, bo pani kierownik raczej nie pozwoliłaby aby ktokolwiek grzebał w dokumentach pacjentów. Byłem jednak bardzo ciekaw co znajduje się w środku. Podszedłem do stolika i gdy już wyciągnąłem dłoń by zabrać dossier, Louis głośno chrząknął. Rzuciłem mu pytające spojrzenie, choć sam wiedziałem, co chodzi mu po głowie.
- Harry, zostaw. To nie twoje. - Zdziwiłem się, gdy to powiedział. Louis, człowiek który zachowuje się jak dojrzewający nastolatek, mimo tego że jest już dorosły, mówi mi że mam nie ruszać czegoś co nie jest moje. Ha! Czyżby Tomman w końcu zmądrzał?
- Daj spokój Louis. Tylko zerknę. - obiecywałem, choć sumienie wręcz krzyczało, że i tak złamię dane słowo. Chłopak leniwie westchnął i przewrócił oczami, kładąc się na kanapie. Mogę przyznać, że właśnie zamieniliśmy się swoimi rolami.
~ BIANCA ~
Leżałam na łóżku i przeglądałam magazyn, który przyniósł mi Louis. Moją uwagę przykuło szuranie klucza w dziurce. Podniosłam się do pozycji siedzącej i na wszelki wypadek schowałam czasopismo pod poduszkę. Do sali weszła pielęgniarka, która raz już u mnie była, wtedy, kiedy śnił mi się mój opiekun. Spojrzałam na nią. Uśmiechnęła się nieśmiało.
- Zabieram cię na badania - wyjaśniła, patrząc gdzieś na ścianę obok mnie. Nie lubię jej. Nie pasuje do tego miejsca, jest zbyt słodka. Kiwnęłam głową, choć możliwe, że tego nie zauważyła. Wstałam z łóżka i podeszłam do niej. Popatrzyła mi prosto w oczy i przełknęła ślinę. Zawsze mnie zastanawiało, czemu ludzie przełykają ślinę, kiedy się boją. To niedorzeczne, kiedy od strachu aż zasycha w gardle, skąd bierze się ślina?
- Idziemy, czy nie? - odezwałam się, a ona wypuściła cicho powietrze.
- No tak, tak idziemy.
~HARRY~
Już pierwsza strona mnie zainteresowała. Na środku dokumentu, który przybierał powoli kolor pergaminu, pisało tłustą czcionką: Odriee Gina Moore
Moje oczy skanowały każdą nową wiadomość o naszej pacjentce, dowiadywałem się coraz więcej. Dziewczyna ma siedemnaście lat, urodziła się czwartego kwietnia w Ameryce, w stanie Kalifornia. Mieszkała z rodziną w słonecznym San Diego, dlatego zdziwiłem się, że jej rodzice postanowili przenieść się do Londynu, w którym często pada deszcz. Z dokumentów wyczytałem, że Odriee chodziła do amerykańskiej szkoły w Wielkiej Brytanii. Zjechałem wzrokiem na podłużną rubrykę, w której wpisane było: Rodzice lub prawni opiekunowie pacjenta/tki. Obok w kolumnie został wpisany ojciec Odriee, Danny Moore, którego już zdążyłem poznać. Przed moimi oczami ukazała się postać pana Moore, który wyglądał jak bezbronne dziecko, gdy posłał mi pełne żalu spojrzenie. Mógłbym przysiąc, że właśnie takim samym spojrzeniem obdarowała mnie jego córka, kiedy to pierwszy raz znalazłem się w jej sali. Nie patrząc na ubiór, postawę i zachowanie, pod jakimś kątem są do siebie podobni. Ta sama głęboka czerń - niemal przerażająca - wypełnia ich oczy, a sposób patrzenia bez dwóch zdań dziewczyna odziedziczyła po ojcu. Nie musieliby nawet robić testów na ojcostwo - tak pewnie powiedziałby mój przyjaciel, Louis.
- I co tam wyczytałeś, hm? - zapytał Louis, wykręcając sobie palce, co sprawiało że przeszedł po mnie dreszcz. Okropny dźwięk łamanych kości. - Czyje to w ogóle? - dołączył kolejne pytanie, gdy jeszcze nie zdążyłem odpowiedzieć na pierwsze.
- To dokumenty Odriee. Nic tu ciekawego... - skłamałem, by udawać niewzruszonego. Moje usta lekko otworzyły się, gdy przeczytałem, że matka naszej pacjentki nie żyje. Louis mówił coś do mnie, ale ta informacja nie mogła być dla mnie obojętna, dlatego ignorowałem go. Jasne, ludzie codziennie umierają, to rzecz całkiem naturalna, ale byłem pewien że Odriee o tym nie ma pojęcia. Dlaczego? Bo z dokumentów wynikało, że jej mama nie żyje od pięciu miesięcy. Nie podali przyczyny zgonu, ale wydawało się to lekko podejrzane. Przygryzłem wargę, bo dopadły mnie wyrzuty sumienia. Nie wiem jak musi się czuć tata Odriee, ale to pewnie jedno z najgorszych uczuć jakie może istnieć. Porwano mu córkę, a potem śmierć odebrała mu żonę. Nie powiem, byłem w lekkim szoku i aż sam zdziwiłem się, że to wszystko mnie tak poruszyło.
- Harry, wszystko w porządku? - Szybko odłożyłem dossier na stolik, a Lou pewnie wyczuł moje zdenerwowanie. Powiedz coś w końcu, bo będzie cię dręczył cały tydzień - podpowiadało sumienie.
Zdałem się na blady uśmiech, który nie wywołał u przyjaciela żadnej reakcji. Pewnie się domyśla.
- Tak, jest okej. Dlaczego pytasz? - Postanowiłem udawać, że nie wiem o co mu chodzi. Niestety nie jestem zbyt dobrym aktorem, o czym Louis dobrze wie. Chłopak wywrócił teatralnie oczami, śmiejąc się sarkastycznie.
- Pytam, bo jeszcze minutę temu miałeś twarz bladą jak ściany psychiatryka. Co tam przeczytałeś?
- Jak już mówiłem, nic ciekawego. - Odwróciłem wzrok, ale chłodne spojrzenie mojego przyjaciela nie dawało za wygraną. Czy on czytał w moich myślach?
- Rozumiem. - Pokiwał głową rozbawiony, a moje mięśnie się rozluźniły. Czy teraz da mi spokój?
- Panna Moore ma chłopaka, tak? To tak bardzo cię zmartwiło? - Usłyszawszy te dwa pytania, zerknąłem na niego poirytowany. Pomyliłem się. Louis Tomman nadal jest tym dojrzewającym nastolatkiem, który widzi świat tylko w ciepłych barwach. Nie wiem co ten wesoły człowiek robi w szpitalu psychiatrycznym, gdy ma wiele możliwości na łatwiejszą i mniej stresującą pracę.
- A ty tylko o jednym - odparłem znudzony tą niedojrzałą rozmową. - Z resztą Louis... nie uważasz, że twoje pytanie było trochę... dziwne? - włożyłem dłoń do kieszeni, by wyciągnąć telefon. Za półtorej godziny muszę iść po Odriee. Dziś są badania, których nie może pominąć.
- Dziwne? - Zdziwiony moją uwagą, zabrał garść paluszków ze szklanki. - Uważasz, że było to jedno z tych dziwniejszych pytań, jakie mogłem ci zadać? - Roześmiał się, a potem wepchał do ust trzy cienkie paluszki, które zaraz rozgryzł zębami. - Cóż, mój przyjacielu. Nie, nie uważam że było to dziwne pytanie. Dlaczego tak sądzisz?
On chyba nie wiedział co mam na myśli. Założyłem ręce na klatce i wypuściłem powietrze ze świstem. Czasami sposób myślenia Louisa jest ciężki do ogarnięcia.
- Wyobraź sobie Louis, że ja już jestem dorosły. Mam dwadzieścia trzy lata, chłopie. - przypomniałem mu, a brunet nadal nie widział w tym nic nie odpowiedniego. Machnąłem ręką, dając spokój temu tematowi.
Skończyłem dyskusję z chłopakiem, ale on wciąż czekał na moje wyjaśnienia, na co moja twarz przybrała zaskoczony wyraz. Napełniłem płuca powietrzem i gdy już stałem obok Louisa, złapałem za jego ramię.
- Znajdę kogoś w swoim wieku, Lou. - puściłem mu oczko, po czym opuściłem salkę dla pracowników, zostawiając mojego przyjaciela z samym sobą. I paluszkami.
___________________________________________________________________________
Woah, nowy rozdział :D
Przepraszamy, że tak późno i w ogóle. Starałyśmy się zdążyć jeszcze w 2015 ale nie wyszło, niestety :(
Za to życzymy wam udanego 2016 roku, dużo zdrówka, radości i jedzenia ^^
Mamy nadzieję, że rozdział wam się spodobał i będziecie czekać na kolejny, który pojawi się już niedługo :)
Postaramy się już trzymać terminów, obiecujemy :D
Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
piątek, 1 stycznia 2016
czwartek, 3 grudnia 2015
Rozdział 9 I'm scared
Muzyka: Charles Kalley - The Driver
Nie wiem dokąd zmierzasz
Ale czy znajdzie się tam trochę miejsca dla jeszcze jednej zmartwionej duszy?
Nie wiem dokąd idę, ale nie wydaje mi się, żebym szedł do domu
I powiedziałem, że zamelduje się jeśli tylko nie obudzę się martwy
To droga do ruin
A my zaczęliśmy na końcu
~Harry~
Z otwartymi ramionami przywitałem dzisiejszy trudny lecz spokojny dzień. Dawno tak nie odpocząłem będąc w pracy, gdzie jestem na nogach przez dziewięć godzin. Może to dlatego, że jest teraz trochę więcej pracowników, a może dlatego, że nawet nie myślę, gdy wykonuję swoje obowiązki. Nie spodziewałem się, że tak bardzo zainteresuje mnie ta dziewczyna. Sam nie wiem, co mnie do niej ciągnie, ale muszę się ogarnąć. To chyba przez to, że trochę poruszyła mnie ta sprawa. Tak, to pewnie to. W każdym bądź razie muszę przestać o tym myśleć.
Właśnie odprowadzałem Odriee do jej sali, gdy nagle usłyszałem głos Gretty. Stała na końcu korytarza wychylona zza drzwi i machała w moją stronę.
- Tak?! - zawołałem, nie odrywając wzroku od kobiety.
- Przyjdź tu na chwileczkę z Odriee. - posłałem brunetce znaczące spojrzenie, po czym wskazałem dłonią, by poszła pierwsza. Zamrugała kilka razy i nabrała zdenerwowana powietrza, ale na całe szczęście grzecznie poczłapała razem ze mną ku naszej pani kierownik. Gdy już byłem blisko Gretty, kobieta zmierzyła mnie wzrokiem, a Odriee obdarowała ciepłym uśmiechem. Zauważyłem jednak, że Gretta nie jest w pełni spokojna. Oczy ją zdradziły.
- Harry, masz może minutkę? - zapytała choć dobrze wiedziała, że właśnie pracuję, a przerwa na lunch zaczyna się o pierwszej.
- Właśnie odprowadzam pannę Moore do jej sali. - wyjaśniłem. - Coś się stało?
Zauważyłem dwie zmarszczki na czole Gretty, ale po chwili znikły, gdy rozluźniła mięśnie twarzy. Kobieta położyła dłoń na moim ramieniu, po czym lekko mnie popchnęła. Byliśmy o trzy kroki dalej od nowej pacjentki co oznaczało, że Gretta chciała mi coś powiedzieć.
- Słuchaj Harry. Jakieś dziesięć minut temu przyszedł tu ojciec Odriee. - wyszeptała mi na ucho. Zmrużyłem oczy, ale nic nie mówiłem. Czekałem aż Gretta powie coś więcej. - Zrobił na nas... dosyć duże wrażenie i nie mam na myśli nic dobrego.
- Jak to? Gdzie on teraz jest? - powiedziałem trochę za głośno, przez co Odriee spojrzała na nas z niepokojem w oczach. Uśmiechnąłem się, ale dziewczyna nie odwzajemniła gestu. Znów patrzyła w podłogę szurając butem o posadzkę.
- Siedzi w poczekalni. Najprawdopodobniej jest pijany. - zamurowało mnie. Że co proszę?! Ojciec nastolatki, która była więziona i molestowana przez rok, przychodzi tu narąbany? Teraz to serio pasuje tu określenie: Dom Wariatów.
- Powiedziałam mu, że może zobaczyć się z dziewczyną, gdy tylko wytrzeźwieje, ale on.. no cóż...
Dopadło mnie jeszcze większe uczucie współczucia, ale gdzieś w środku - ku własnemu zdziwieniu - moje płatki dobra były rozdzierane przez złość. Mógłbym przysiąc, że poczułem się nagle taki... taki... nie swój.
- Okej, mam go wyprosić z szpitala? - Mój głos był o oktawę niższy. To chyba przez zdziwienie, które pewnie nie będzie opuszczało mnie na krok do końca dnia. Gretta uśmiechnęła się i ucałowała mnie w czoło. Zawsze tak robi, gdy pomagam jej w trudnych sytuacjach, ale taka, by wyprowadzać pijanego mężczyznę ze szpitala psychiatrycznego, jeszcze mi się nie przydarzyła. Aż do dzisiaj.
Z resztą, czy ten obowiązek nie należy do ochrony? Trzęsąc głową na boki patrzyłem na Odriee i Grettę, które oddalały się, aż w końcu zniknęły za rogiem.
~ Bianca ~
Siedzę w salonie i rozmawiam z pielęgniarką, której nie znam. Opowiada mi o pacjentach, którzy leczyli się u nich i wyszli ze szpitala całkiem zdrowi. Słucham jej jednym uchem, a drugim rozmów innych podopiecznych. Niektóre są całkiem zwyczajne, inne brzmią, jakby osoby rozmawiające nie mówiły o tym samym. Jakby odzywały się same do siebie.
Nagle moją uwagę przyciągnęło poruszenie w recepcji, która znajdowała się obok salonu, oddzielona tylko szybą, tak, że wszystko widać. Jakaś kobieta głośno kłóciła się z recepcjonistką. Wstaję i podchodzę bliżej, przysłuchując się krzykom.
- Nie obchodzi mnie, że wpuszczacie tylko rodzinę! Chcę się z nią zobaczyć! - kobieta uderza pięścią w ladę. Kątem oka zauważyłam nadchodzących ochroniarzy. Oparłam dłonie o szybę. Kobieta miała ładne, kobiece kształty, krótkie blond włosy i ołówkową spódnicę nad kolana.
Dwóch rosłych mężczyzn próbowało wyprowadzić ją z budynku, ale szarpała się i wykrzykiwała, że nie wyjdzie póki nie zobaczy się z "nią". Bardzo chciałam jej pomóc. Podeszłam do szklanych drzwi i nacisnęłam klamkę.
- Panno Luca. Nie wolno wychodzić. - rzuciła pielęgniarka w moją stronę. Nie usłuchałam jej i zamknęłam za sobą drzwi.
- Stop! - zawołała recepcjonistka. - Nie wolno ci opuszczać salonu! - wstała i oparła się o ladę. Ochroniarze i głośna kobieta zwrócili na mnie uwagę. Korzystając z chwili nieuwagi, blondynka wyrwała się i pobiegła w moją stronę.
- Bianca! Bianca, kochanie, myślałam, że nie żyjesz! - złapała mnie w objęcia, a mnie zamurowało. Znam ten mocny uścisk. Znam tą kobietę.
- Hira - wyszeptałam, obejmując ją ramionami i zamykając oczy. Zaciągnęłam się jej mocnymi perfumami i oparłam głowę na ramieniu.
- Tak strasznie mi przykro, Bian - głaskała delikatnie moje plecy. Powrócił choć fragment mojego dawnego życia.
Rozchyliłam powieki i zauważyłam, że ochroniarze i recepcjonistka obserwują nas, kłócąc się o coś. Odsunęłam się nieco od dawnej przyjaciółki i zwróciłam do nich.
- Chcę z nią porozmawiać. Pozwólcie jej proszę na odwiedzanie mnie. Nie mam nikogo poza nią - celowo uroniłam kilka łez. Recepcjonistka rozkleiła się nieco i zniknęła za ladą, poszukując chusteczek.
Przez chwilę nikt się nie odzywał, po czym do recepcji wpadł dyrektor, jego żona oraz mój opiekun.
- Co się tu wyrabia?! - nie miałam nigdy okazji rozmawiać z dyrektorką, ale właśnie sprawiała wrażenie wybitnie wrednej osoby.
~Harry~
Odgarnąłem loki z czoła, a drugą dłonią szarpnąłem za klamkę masywnych białych drzwi, które prowadziły do poczekalni. Za półokrągłym biurkiem siedziała Loren, która gdy tylko mnie zauważyła, wskazała wzrokiem na mężczyznę, który najprawdopodobniej był ojcem Odriee. Siedział na krześle i podpierał głowę dłońmi. Wyglądał, jakby był zmęczony życiem. Podszedłem do człowieka, a mój cień padał na jego zgarbioną postać. Chrząknąłem, gdy mężczyzna nadal nie zwracał na mnie uwagi.
Leniwie spojrzał najpierw na moje znoszone, białe trampki, po czym uniósł głowę. Miał zapuszczoną brodę, a ciemne wąsy otaczały jego spierzchnięte usta. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na nietrzeźwego, ale zdradzał go zapach alkoholu, który pewnie już dawno wsiąkł w jego brudną koszulę.
- Dzień dobry - przywitałem się, ale odpowiedzi nie otrzymałem. Mężczyzna patrzył na mnie, a jego usta były lekko rozchylone. Zauważyłem, że miał przekrwione oczy.
- Pan przyszedł zobaczyć się z córką, tak?
Jak poparzony wyskoczył z krzesła, a jego dłonie złapały za moje ramiona. Nic nie mówił.
- Proszę pana, proszę usiąść. - Wskazałem na drewniane krzesło, ale on nadal trzymał mnie w mocnym uścisku. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby doprowadzić do bójki, ale niczego nie mogłem być pewny. W końcu ani trochę go nie znałem.
- Gdzie ona jest? - zapytał przez zaciśnięte zęby. Kątem oka zauważyłem, że Loren niepewnie wstaje i przygląda się nam.
- Pytałem o coś! - wkurzył się i tym razem złapał za kołnierzyk mojej białej koszuli. Nie bałem się, ale nie chciałem też go prowokować. Jeszcze brakuje mi tylko, żeby dyrektor wyrzucił mnie z pracy.
- Proszę się uspokoić inaczej wezwę ochronę - powiedziałem, odrywając jego dłonie z moich ubrań.
- Pańska córka jest cała i zdrowa... nic jej tu nie grozi - uspokajałem poddenerwowanego mężczyznę. Przez sekundę obawiałem się, że moje słowa nic tu nie dadzą, ale na szczęście obeszło się bez kłótni.
Mężczyzna przyłożył dłonie do spoconego czoła, gdy chodził w koło. Był zaniepokojony, chował twarz w dłoniach za każdym razem gdy chciał coś powiedzieć. Stałem, patrząc na człowieka, który prawdopodobnie toczył w duchu jakąś walkę.
- Wie pan, że nie możemy panu pozwolić na spotkanie z Odriee, gdy jest pan w takim stanie. Pańska córka ma za sobą niewyobrażalnie trudny rok, a pan przychodzi tu pijany i żąda widzenia z nią. Niestety, ale dzisiaj jest to niemożliwe. Proszę przyjść jutro, gdy już pan wytrzeźwieje - wyjaśniłem, a mężczyzna odsłonił twarz. Wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać, łzy cisnęły mu się do oczu. Pierwszy raz w życiu ujrzałem w człowieku tyle bezradności. Chciałem odrzucić uczucie współczucia, ale co ja mogę zrobić, gdy jestem bardzo wrażliwym chłopakiem. To chore. Jeszcze chwilę temu miałem ochotę zwyzywać tego faceta od najgorszych osób, ale teraz, gdy patrzę na niego jak bardzo jest załamany, jedyne, co mogę zrobić to powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Nie jestem pewien tych słów, ale mam nadzieję że on i jego córka jakoś sobie poradzą w przyszłości.
~Bianca~
Siedziałam w swoim pokoju na łóżku, obok mnie siedziała moja dawna przyjaciółka, Hira, a w otwartych drzwiach stał ochroniarz w ciemnym uniformie. Obserwowałam twarz Hiry, kiedy opowiadała mi o tym, co się u niej wydarzyło. Starała się traktować mnie, jakbym właśnie wróciła z dalekiej podróży. Jakbym była wypoczęta, rozluźniona i gotowa do dalszego życia w Londynie. Byłam jej za to wdzięczna. Na początku wyraziła swoje współczucie i obawy, po czym więcej już nie wracała do powodu mojej rzeczywistej nieobecności.
- Oh no wiesz. Mam już te dwadzieścia lat, ale chyba lepiej się czuję jako singiel. Jednak preferuję wiesz... wolność - zamilkła, kiedy zdała sobie sprawę, że kiepsko to zabrzmiało.
- Tak - mruknęłam. - Ja też preferuję wolność - mówiąc to uśmiechnęłam się szeroko. Położyła dłoń na mojej dłoni.
- Tak bardzo chciałabym zostać z tobą jeszcze co najmniej tydzień - westchnęła. - Ale muszę wracać. Spojrzała na mnie, sprawdzając, czy nie mam jej tego za złe.
- W porządku. I tak pewnie zaraz by cię wyrzucili. Jest już ciemno. - Hira wstała, a ja zrobiłam to, co ona. Objęła mnie mocno i trzymała tak przez dłuższą chwilę. Delikatnie położyłam swoje dłonie na jej plecach.
- Niedługo znów cię odwiedzę - szepnęła w moją szyję. Kiwnęłam głową.
- Będę czekać. - Odsunęłam się od niej i uśmiechnęłam.
- Będzie dobrze, myszko - rzuciła jeszcze. Skinęła głową ochroniarzowi i już jej nie widziałam. Mężczyzna poszedł za Hirą, a drzwi... zostawił otwarte. Patrzyłam przez chwilę w otwarte przejście, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Podeszłam i wyjrzałam na korytarz. Był całkiem pusty.
Nabrałam powietrza i zrobiłam pierwszy krok. Nie włączył się żaden alarm, ani nikt się na mnie nie rzucił. Zamknęłam na chwilę oczy, po czym ruszyłam korytarzem. Szłam powoli i cicho, uważając, by nie zwrócić na siebie uwagi. Skręciłam w lewo i zauważyłam, że jedne z drzwi są lekko uchylone. Podeszłam do nich i zajrzałam. W środku było ciemno, ale zdołałam zauważyć, że ktoś tam jest. Po postawie stwierdziłam, że to mężczyzna. Był odwrócony do mnie tyłem i lekko zgarbiony. Wykonywał jakieś ruchy rękami. Chciałam zobaczyć lepiej, co robi, więc uchyliłam szerzej drzwi.
Wystraszyłam się, kiedy stare zawiasy wydały z siebie zgrzyt. Mężczyzna, a raczej chłopak odwrócił się gwałtownie, stracił równowagę i przewrócił się, wpadając na metalową półkę, zastawioną papierem toaletowym. W tej samej chwili usłyszałam stukot obcasów i podniesiony głos dyrektorki.
- Doprawdy, mężu. Powinieneś zachować większe środki ostrożności. Słyszałeś, co się dzieje na południowej granicy. Przecież to niedaleko! - Nie chciałam, by mnie zobaczyli, więc szybko weszłam do, jak się okazało, bardzo ciasnego pomieszczenia i zamknęłam drzwi. Domyśliłam się, że niewinny pielęgniarz może mieć przeze mnie kłopoty. W mroku zauważyłam, że otwiera usta, by coś powiedzieć, więc zatkałam mu je ręką. Jednocześnie obserwowałam przez dziurkę od klucza korytarz.
_________________________________________________________________________________
Nowy rozdział? Nie, wyprany w perwolu :v
Jak się podoba? Zaskoczone? Jakieś domysły, propozycje, wskazówki? Piszcie śmiało, bo pod ostatnim rozdziałem był tylko 1 komentarz i Obli Viate chciała ciąć się łyżką, więc robi się niebezpiecznie ;o
Nie zamierzamy robić czegoś w stylu "za 5 komentarzy kolejny rozdział", bo to zakrawa pod narcyzowatość, no ale halo halo proszę nie uprawiać takiej samowolki :D
Pełne nadziei:
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
Nie wiem dokąd zmierzasz
Ale czy znajdzie się tam trochę miejsca dla jeszcze jednej zmartwionej duszy?
Nie wiem dokąd idę, ale nie wydaje mi się, żebym szedł do domu
I powiedziałem, że zamelduje się jeśli tylko nie obudzę się martwy
To droga do ruin
A my zaczęliśmy na końcu
~Harry~
Z otwartymi ramionami przywitałem dzisiejszy trudny lecz spokojny dzień. Dawno tak nie odpocząłem będąc w pracy, gdzie jestem na nogach przez dziewięć godzin. Może to dlatego, że jest teraz trochę więcej pracowników, a może dlatego, że nawet nie myślę, gdy wykonuję swoje obowiązki. Nie spodziewałem się, że tak bardzo zainteresuje mnie ta dziewczyna. Sam nie wiem, co mnie do niej ciągnie, ale muszę się ogarnąć. To chyba przez to, że trochę poruszyła mnie ta sprawa. Tak, to pewnie to. W każdym bądź razie muszę przestać o tym myśleć.
Właśnie odprowadzałem Odriee do jej sali, gdy nagle usłyszałem głos Gretty. Stała na końcu korytarza wychylona zza drzwi i machała w moją stronę.
- Tak?! - zawołałem, nie odrywając wzroku od kobiety.
- Przyjdź tu na chwileczkę z Odriee. - posłałem brunetce znaczące spojrzenie, po czym wskazałem dłonią, by poszła pierwsza. Zamrugała kilka razy i nabrała zdenerwowana powietrza, ale na całe szczęście grzecznie poczłapała razem ze mną ku naszej pani kierownik. Gdy już byłem blisko Gretty, kobieta zmierzyła mnie wzrokiem, a Odriee obdarowała ciepłym uśmiechem. Zauważyłem jednak, że Gretta nie jest w pełni spokojna. Oczy ją zdradziły.
- Harry, masz może minutkę? - zapytała choć dobrze wiedziała, że właśnie pracuję, a przerwa na lunch zaczyna się o pierwszej.
- Właśnie odprowadzam pannę Moore do jej sali. - wyjaśniłem. - Coś się stało?
Zauważyłem dwie zmarszczki na czole Gretty, ale po chwili znikły, gdy rozluźniła mięśnie twarzy. Kobieta położyła dłoń na moim ramieniu, po czym lekko mnie popchnęła. Byliśmy o trzy kroki dalej od nowej pacjentki co oznaczało, że Gretta chciała mi coś powiedzieć.
- Słuchaj Harry. Jakieś dziesięć minut temu przyszedł tu ojciec Odriee. - wyszeptała mi na ucho. Zmrużyłem oczy, ale nic nie mówiłem. Czekałem aż Gretta powie coś więcej. - Zrobił na nas... dosyć duże wrażenie i nie mam na myśli nic dobrego.
- Jak to? Gdzie on teraz jest? - powiedziałem trochę za głośno, przez co Odriee spojrzała na nas z niepokojem w oczach. Uśmiechnąłem się, ale dziewczyna nie odwzajemniła gestu. Znów patrzyła w podłogę szurając butem o posadzkę.
- Siedzi w poczekalni. Najprawdopodobniej jest pijany. - zamurowało mnie. Że co proszę?! Ojciec nastolatki, która była więziona i molestowana przez rok, przychodzi tu narąbany? Teraz to serio pasuje tu określenie: Dom Wariatów.
- Powiedziałam mu, że może zobaczyć się z dziewczyną, gdy tylko wytrzeźwieje, ale on.. no cóż...
Dopadło mnie jeszcze większe uczucie współczucia, ale gdzieś w środku - ku własnemu zdziwieniu - moje płatki dobra były rozdzierane przez złość. Mógłbym przysiąc, że poczułem się nagle taki... taki... nie swój.
- Okej, mam go wyprosić z szpitala? - Mój głos był o oktawę niższy. To chyba przez zdziwienie, które pewnie nie będzie opuszczało mnie na krok do końca dnia. Gretta uśmiechnęła się i ucałowała mnie w czoło. Zawsze tak robi, gdy pomagam jej w trudnych sytuacjach, ale taka, by wyprowadzać pijanego mężczyznę ze szpitala psychiatrycznego, jeszcze mi się nie przydarzyła. Aż do dzisiaj.
Z resztą, czy ten obowiązek nie należy do ochrony? Trzęsąc głową na boki patrzyłem na Odriee i Grettę, które oddalały się, aż w końcu zniknęły za rogiem.
~ Bianca ~
Siedzę w salonie i rozmawiam z pielęgniarką, której nie znam. Opowiada mi o pacjentach, którzy leczyli się u nich i wyszli ze szpitala całkiem zdrowi. Słucham jej jednym uchem, a drugim rozmów innych podopiecznych. Niektóre są całkiem zwyczajne, inne brzmią, jakby osoby rozmawiające nie mówiły o tym samym. Jakby odzywały się same do siebie.
Nagle moją uwagę przyciągnęło poruszenie w recepcji, która znajdowała się obok salonu, oddzielona tylko szybą, tak, że wszystko widać. Jakaś kobieta głośno kłóciła się z recepcjonistką. Wstaję i podchodzę bliżej, przysłuchując się krzykom.
- Nie obchodzi mnie, że wpuszczacie tylko rodzinę! Chcę się z nią zobaczyć! - kobieta uderza pięścią w ladę. Kątem oka zauważyłam nadchodzących ochroniarzy. Oparłam dłonie o szybę. Kobieta miała ładne, kobiece kształty, krótkie blond włosy i ołówkową spódnicę nad kolana.
Dwóch rosłych mężczyzn próbowało wyprowadzić ją z budynku, ale szarpała się i wykrzykiwała, że nie wyjdzie póki nie zobaczy się z "nią". Bardzo chciałam jej pomóc. Podeszłam do szklanych drzwi i nacisnęłam klamkę.
- Panno Luca. Nie wolno wychodzić. - rzuciła pielęgniarka w moją stronę. Nie usłuchałam jej i zamknęłam za sobą drzwi.
- Stop! - zawołała recepcjonistka. - Nie wolno ci opuszczać salonu! - wstała i oparła się o ladę. Ochroniarze i głośna kobieta zwrócili na mnie uwagę. Korzystając z chwili nieuwagi, blondynka wyrwała się i pobiegła w moją stronę.
- Bianca! Bianca, kochanie, myślałam, że nie żyjesz! - złapała mnie w objęcia, a mnie zamurowało. Znam ten mocny uścisk. Znam tą kobietę.
- Hira - wyszeptałam, obejmując ją ramionami i zamykając oczy. Zaciągnęłam się jej mocnymi perfumami i oparłam głowę na ramieniu.
- Tak strasznie mi przykro, Bian - głaskała delikatnie moje plecy. Powrócił choć fragment mojego dawnego życia.
Rozchyliłam powieki i zauważyłam, że ochroniarze i recepcjonistka obserwują nas, kłócąc się o coś. Odsunęłam się nieco od dawnej przyjaciółki i zwróciłam do nich.
- Chcę z nią porozmawiać. Pozwólcie jej proszę na odwiedzanie mnie. Nie mam nikogo poza nią - celowo uroniłam kilka łez. Recepcjonistka rozkleiła się nieco i zniknęła za ladą, poszukując chusteczek.
Przez chwilę nikt się nie odzywał, po czym do recepcji wpadł dyrektor, jego żona oraz mój opiekun.
- Co się tu wyrabia?! - nie miałam nigdy okazji rozmawiać z dyrektorką, ale właśnie sprawiała wrażenie wybitnie wrednej osoby.
~Harry~
Odgarnąłem loki z czoła, a drugą dłonią szarpnąłem za klamkę masywnych białych drzwi, które prowadziły do poczekalni. Za półokrągłym biurkiem siedziała Loren, która gdy tylko mnie zauważyła, wskazała wzrokiem na mężczyznę, który najprawdopodobniej był ojcem Odriee. Siedział na krześle i podpierał głowę dłońmi. Wyglądał, jakby był zmęczony życiem. Podszedłem do człowieka, a mój cień padał na jego zgarbioną postać. Chrząknąłem, gdy mężczyzna nadal nie zwracał na mnie uwagi.
Leniwie spojrzał najpierw na moje znoszone, białe trampki, po czym uniósł głowę. Miał zapuszczoną brodę, a ciemne wąsy otaczały jego spierzchnięte usta. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na nietrzeźwego, ale zdradzał go zapach alkoholu, który pewnie już dawno wsiąkł w jego brudną koszulę.
- Dzień dobry - przywitałem się, ale odpowiedzi nie otrzymałem. Mężczyzna patrzył na mnie, a jego usta były lekko rozchylone. Zauważyłem, że miał przekrwione oczy.
- Pan przyszedł zobaczyć się z córką, tak?
Jak poparzony wyskoczył z krzesła, a jego dłonie złapały za moje ramiona. Nic nie mówił.
- Proszę pana, proszę usiąść. - Wskazałem na drewniane krzesło, ale on nadal trzymał mnie w mocnym uścisku. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby doprowadzić do bójki, ale niczego nie mogłem być pewny. W końcu ani trochę go nie znałem.
- Gdzie ona jest? - zapytał przez zaciśnięte zęby. Kątem oka zauważyłem, że Loren niepewnie wstaje i przygląda się nam.
- Pytałem o coś! - wkurzył się i tym razem złapał za kołnierzyk mojej białej koszuli. Nie bałem się, ale nie chciałem też go prowokować. Jeszcze brakuje mi tylko, żeby dyrektor wyrzucił mnie z pracy.
- Proszę się uspokoić inaczej wezwę ochronę - powiedziałem, odrywając jego dłonie z moich ubrań.
- Pańska córka jest cała i zdrowa... nic jej tu nie grozi - uspokajałem poddenerwowanego mężczyznę. Przez sekundę obawiałem się, że moje słowa nic tu nie dadzą, ale na szczęście obeszło się bez kłótni.
Mężczyzna przyłożył dłonie do spoconego czoła, gdy chodził w koło. Był zaniepokojony, chował twarz w dłoniach za każdym razem gdy chciał coś powiedzieć. Stałem, patrząc na człowieka, który prawdopodobnie toczył w duchu jakąś walkę.
- Wie pan, że nie możemy panu pozwolić na spotkanie z Odriee, gdy jest pan w takim stanie. Pańska córka ma za sobą niewyobrażalnie trudny rok, a pan przychodzi tu pijany i żąda widzenia z nią. Niestety, ale dzisiaj jest to niemożliwe. Proszę przyjść jutro, gdy już pan wytrzeźwieje - wyjaśniłem, a mężczyzna odsłonił twarz. Wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać, łzy cisnęły mu się do oczu. Pierwszy raz w życiu ujrzałem w człowieku tyle bezradności. Chciałem odrzucić uczucie współczucia, ale co ja mogę zrobić, gdy jestem bardzo wrażliwym chłopakiem. To chore. Jeszcze chwilę temu miałem ochotę zwyzywać tego faceta od najgorszych osób, ale teraz, gdy patrzę na niego jak bardzo jest załamany, jedyne, co mogę zrobić to powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Nie jestem pewien tych słów, ale mam nadzieję że on i jego córka jakoś sobie poradzą w przyszłości.
~Bianca~
Siedziałam w swoim pokoju na łóżku, obok mnie siedziała moja dawna przyjaciółka, Hira, a w otwartych drzwiach stał ochroniarz w ciemnym uniformie. Obserwowałam twarz Hiry, kiedy opowiadała mi o tym, co się u niej wydarzyło. Starała się traktować mnie, jakbym właśnie wróciła z dalekiej podróży. Jakbym była wypoczęta, rozluźniona i gotowa do dalszego życia w Londynie. Byłam jej za to wdzięczna. Na początku wyraziła swoje współczucie i obawy, po czym więcej już nie wracała do powodu mojej rzeczywistej nieobecności.
- Oh no wiesz. Mam już te dwadzieścia lat, ale chyba lepiej się czuję jako singiel. Jednak preferuję wiesz... wolność - zamilkła, kiedy zdała sobie sprawę, że kiepsko to zabrzmiało.
- Tak - mruknęłam. - Ja też preferuję wolność - mówiąc to uśmiechnęłam się szeroko. Położyła dłoń na mojej dłoni.
- Tak bardzo chciałabym zostać z tobą jeszcze co najmniej tydzień - westchnęła. - Ale muszę wracać. Spojrzała na mnie, sprawdzając, czy nie mam jej tego za złe.
- W porządku. I tak pewnie zaraz by cię wyrzucili. Jest już ciemno. - Hira wstała, a ja zrobiłam to, co ona. Objęła mnie mocno i trzymała tak przez dłuższą chwilę. Delikatnie położyłam swoje dłonie na jej plecach.
- Niedługo znów cię odwiedzę - szepnęła w moją szyję. Kiwnęłam głową.
- Będę czekać. - Odsunęłam się od niej i uśmiechnęłam.
- Będzie dobrze, myszko - rzuciła jeszcze. Skinęła głową ochroniarzowi i już jej nie widziałam. Mężczyzna poszedł za Hirą, a drzwi... zostawił otwarte. Patrzyłam przez chwilę w otwarte przejście, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Podeszłam i wyjrzałam na korytarz. Był całkiem pusty.
Nabrałam powietrza i zrobiłam pierwszy krok. Nie włączył się żaden alarm, ani nikt się na mnie nie rzucił. Zamknęłam na chwilę oczy, po czym ruszyłam korytarzem. Szłam powoli i cicho, uważając, by nie zwrócić na siebie uwagi. Skręciłam w lewo i zauważyłam, że jedne z drzwi są lekko uchylone. Podeszłam do nich i zajrzałam. W środku było ciemno, ale zdołałam zauważyć, że ktoś tam jest. Po postawie stwierdziłam, że to mężczyzna. Był odwrócony do mnie tyłem i lekko zgarbiony. Wykonywał jakieś ruchy rękami. Chciałam zobaczyć lepiej, co robi, więc uchyliłam szerzej drzwi.
Wystraszyłam się, kiedy stare zawiasy wydały z siebie zgrzyt. Mężczyzna, a raczej chłopak odwrócił się gwałtownie, stracił równowagę i przewrócił się, wpadając na metalową półkę, zastawioną papierem toaletowym. W tej samej chwili usłyszałam stukot obcasów i podniesiony głos dyrektorki.
- Doprawdy, mężu. Powinieneś zachować większe środki ostrożności. Słyszałeś, co się dzieje na południowej granicy. Przecież to niedaleko! - Nie chciałam, by mnie zobaczyli, więc szybko weszłam do, jak się okazało, bardzo ciasnego pomieszczenia i zamknęłam drzwi. Domyśliłam się, że niewinny pielęgniarz może mieć przeze mnie kłopoty. W mroku zauważyłam, że otwiera usta, by coś powiedzieć, więc zatkałam mu je ręką. Jednocześnie obserwowałam przez dziurkę od klucza korytarz.
_________________________________________________________________________________
Nowy rozdział? Nie, wyprany w perwolu :v
Jak się podoba? Zaskoczone? Jakieś domysły, propozycje, wskazówki? Piszcie śmiało, bo pod ostatnim rozdziałem był tylko 1 komentarz i Obli Viate chciała ciąć się łyżką, więc robi się niebezpiecznie ;o
Nie zamierzamy robić czegoś w stylu "za 5 komentarzy kolejny rozdział", bo to zakrawa pod narcyzowatość, no ale halo halo proszę nie uprawiać takiej samowolki :D
Pełne nadziei:
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
wtorek, 24 listopada 2015
Rozdział 8 War around us
Muzyka: Evanescene - My immortal
Mayday! Mayday! Statek powoli tonie.
Myślą, że jestem wariatką, ale oni nie znają tego uczucia.
Oni są wokół mnie, krążą jak sępy.
Chcą mnie złamać i zmyć moje kolory.
Zmyć moje kolory!
Dzisiaj mogłam nadrobić lata, w których nie było miejsca dla farb i kredek. Starałam się, a w głębi czułam jak najzdolniejszy człowiek na świecie, mimo tego że moja praca nie zwalała z nóg.
Moje oczy biegły wraz z ruchem ręki. Przyciskałam pędzel do twardego papieru, dzięki któremu farba nie przesiąkała na drugą stronę kartki. Od długiego czasu nie czułam się taka spokojna i odprężona. Mój umysł potrzebował tego. Chwili odpoczynku od strachu i ciągłych obaw przed krzywdą ze strony ludzi. Każdy człowiek zasługuje na odrobinę ukojenia, nawet ten najgorszy.
Przyznaję, że malowanie stało się dla mnie oazą spokoju. Może będzie to dla mnie czymś ciekawszym niż liczby i działania? Zacisnęłam dolną wargę miedzy zębami, malując kolejną tym razem pomarańczową linię. Uniosłam pędzel by zrobić następny promień, gdy nagle spotkałam zastygłe we mnie, spojrzenie chłopaka. Wpatrywał się we mnie łagodnym wzrokiem, co niepokoiło mnie. Po kilku niezręcznych sekundach ukazał szereg białych zębów, ale nic nie powiedział. Wyglądał na rozbawionego. Czyżbym miała aż tak dobre poczucie humoru?
- Skończyłem - oznajmił krótko i zerknął na swoją pracę.
- Chcesz zobaczyć? - zapytał z nutą niepewności w głosie. Ku własnemu zdziwieniu, zgodziłam się. Nie chcę by uważano mnie za wariatkę, dlatego nie mogę tak się zachowywać. Jeśli będę dobrze się sprawować to szybciej mnie stąd wypuszczą i w końcu zaczerpnę świeżego powietrza. Tak właśnie będzie.
Pielęgniarz złapał za górne rogi kartki, po czym pokazał mi obrazek, który był kolorowy i taki... wesoły. Były na nim uśmiechnięte dwie postacie, jedna wysoka, a druga niska. Jego malunek nie miał dla mnie specjalnego znaczenia, dopóki nie zobaczyłam napisu: Harry & Odriee.
~LOUIS~
Po wizycie u lekarza odprowadziłem Biankę do jej pokoju i nałożyłem nową maść, która już tak nie śmierdziała. Nie zamieniliśmy już ani słowa, a kiedy wychodziłem sięgnęła po gazetę, którą pozwoliłem jej zabrać.
Miałem zamiar zrobić sobie teraz krótką przerwę, a potem zająć się resztą pacjentów. Usiadłem w fotelu, w salonie. Mówimy tak na pomieszczenie, które znajduje się obok recepcji. Jest to duży, otwarty pokój, gdzie znajduje się wiele stolików i foteli, gdzie pacjenci mogę posiedzieć, pograć w coś, porozmawiać, obejrzeć telewizję, albo pograć na pianinie. Lubię tu przesiadywać, bo widzę integrację, pomiędzy pacjentami, którzy są na tyle zdrowi, by wyjść z małego pokoju i zainteresować się czymś innym poza jedzeniem.
Zwróciłem wzrok na telewizję, bo pielęgniarka akurat włączyła wiadomości.
"- Niepokój na południu Wielkiej Brytanii, czyżby Niemcy szykowały kolejny atak na nasze państwo? "W każdym kiosku i sklepie dostępne są darmowe ulotki z poleceniami, jak zachować się w podczas ataku wroga. Robimy, co w naszej mocy, by ochronić obywateli na południu" - podaje generał wojska, a my apelujemy, by zachować spokój i zachować wszelkie możliwe środki ostrożności" - słuchałem spikerki z otwartymi oczami. Ataki Niemiec? Czyżby miała się odbyć powtórka z przed 4 lat?
W salonie nastąpiło poruszenie. Nasz ośrodek gościł wiele ofiar walk, które odbyły się ledwie 4 lata temu i sięgały aż do Bristolu. Nie odczułem skutków tych ataków, bo przebywałem wtedy u ciotki w Liverpoolu.
Natychmiast do salonu wkroczyło kilka pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy zabrali wystraszonych pacjentów do ich pokoi. Zabrałem pod rękę młodą dziewczynę, Fionę i pomogłem podnieść się z fotela.
- Wszystko w porządku? - zapytałem łagodnie. Spojrzała na mnie ze smutkiem.
- Wtedy zginęli moi rodzice, czy teraz pora na mnie? - zapytała, a po jej ciemnych policzkach spłynęły łzy. Otarłem je i uśmiechnąłem się.
- Nie, oczywiście, że nie. Obiecuję ci, że wszystko będzie w porządku i będziesz żyła jeszcze bardzo długo. - mrugnąłem do niej, a ona uniosła lekko kącik ust.
- Wierzę ci - szepnęła. Zaprowadziłem mulatkę do jej pokoju i pomogłem położyć się w łóżku. Już miałem się odwrócić, kiedy złapała mnie za dłoń. Spojrzałem, zdezorientowany.
- O co chodzi?
- Rozstrzelali ich jak kaczki - szepnęła. Przebiegł mnie dreszcz.
- Ty tak nie skończysz - również wyszeptałem. - Obiecuję ci to.
Pokiwała głową i odwróciła się do ściany. Nadal wstrząśnięty, zamknąłem drzwi i wyszedłem na korytarz.
~ODRIEE~
Chciałam opuścić stołówkę tak szybko, jak tylko to możliwe. Rozum ostrzegał mnie przed tym chłopakiem, a serce milczało, co raz szybciej biło, wyczuwałam puls pod bladą skórą. Mój strach i obawy powróciły, gdy patrzyłam na obrazek pielęgniarza. Byłam pewna, że chce przez ten malunek coś powiedzieć. Niestety, to nie było nic dobrego. Kilka razy pokręciłam nerwowo głową. Pielęgniarz zauważył moje zdenerwowanie, dlatego odłożył szybko rysunek na stolik. Co oni chcą ze mną zrobić? Nie chcę znów trafić w ręce jakiegoś mężczyzny. Mój oddech przyspieszył, dłonie zaczęły trząść się, ale to z przyzwyczajenia. Próbowałam uspokoić swoje emocje, powtarzając w duchu, że nic mi nie będzie. Jestem bezpieczna, co wciąż do mnie nie dociera.
- Odriee... - Chłopak przykrył długimi palcami moją zaciśniętą piąstkę. Wzdrygnęłam się, wyrywając dłoń. Miałam ochotę spoliczkować go, ale nie posunęłam się do tego czynu. To imię jest już dawno nieaktualne, istnieje tylko w przeszłości, która nie wróci.
Muszę pokazać im, że nie potrzebuję tego więzienia, do normalnego życia. Boję się tylko, że jestem zbyt słaba by walczyć. Ostatni rok... wypruł mnie z sił. Gdy patrzę na swoje ramiona i nogi, myślę:
Gdzie są moje mięśnie, które niegdyś potrafiły wytrzymać ciężar kuzyna Dana?
Wszystko zniknęło. Z jednej strony, cholernie tęsknię za dawnym życiem, ale gdy myślę o tym, jak Bianca musiałaby to wszystko sama przeżywać. Możliwe, że nigdy by się od niego nie uwolniła. Siedziałaby sama, śpiewając piosenkę o konwaliach.
Przez chwilę zapomniałam o chłopaku z lokami i o wszystkich ludziach, którzy i tak nie zwracali na nas większej uwagi.
- Chcesz wrócić do swojej sali? - zapytał pielęgniarz z ochrypłym głosem. Jego głos był niższy niż zwykle, a łagodna twarz nabrała powagi. Nie żebym zwracała na niego specjalną uwagę.
Nie chciałam wracać do sali, w której nuda robiła papkę z mojego mózgu. Przez kilka godzin zostaję sama, ale gdy na moim ciele pojawia się gęsia skórka, czuję jak gdyby w pomieszczeniu był ktoś jeszcze. Chciałabym spać w jednej sali razem z Biancą. Nie musiałabym tępo wpatrywać się w ścianę i myśleć o tym, co się dzieje. Mogłabym zamknąć oczy i słuchać opowiadań blondynki, dzięki którym płacz i przerażenie poszłyby w niepamięć.
Tak głęboko byłam porwana przez myśli, że nawet nie zauważyłam, jak chłopak wszystko posprzątał. Przybory do malowania zniknęły. Oddalił się ku drewnianej szafie, w której dostrzegłam różne kolorowe pudełka. To pewnie gry planszowe, po które sięgają pacjenci, gdy już kompletnie nie wiedzą co ze sobą zrobić.
~LOUIS~
Mayday! Mayday! Statek powoli tonie.
Myślą, że jestem wariatką, ale oni nie znają tego uczucia.
Oni są wokół mnie, krążą jak sępy.
Chcą mnie złamać i zmyć moje kolory.
Zmyć moje kolory!
~ODRIEE~
Prowadziłam pędzel bardzo uważnie by przypadkiem nie zniszczyć czegoś co stworzyłam, a w moich oczach było to najpiękniejsze. Zamieszałam pędzlem w kubku z wodą, która przybrała brzydki, cynamonowy kolor, po czym nabrałam na końcówkę pędzla trochę żółtej farby. Energicznymi ruchami tworzyłam długie linie, które miały być promieniami ukochanego słońca. Tak naprawdę, żaden ze mnie artysta. Nigdy nie lubiłam sztuki, nie potrafię jej zrozumieć.
Szkicowanie, malowanie, tworzenie dzieł z kosmosu, nie jest moją mocną stroną. Pamiętam, że w zerówce nie sięgałam chętnie po kredki, jak większość dzieci. Wolałam logiczne myślenie, jeśli teraz tak to mogę nazwać. Dodawałam i odejmowałam barany, patrząc w okno liczyłam ptaki siedzące na przewodach, układałam drobne puzzle, a w podstawówce zaczęłam nałogowo rozwiązywać sudoku. Mój młodziutki umysł próbował ogarnąć wiele zagadek, dla których nie potrafiłam znaleźć rozwiązania.Dzisiaj mogłam nadrobić lata, w których nie było miejsca dla farb i kredek. Starałam się, a w głębi czułam jak najzdolniejszy człowiek na świecie, mimo tego że moja praca nie zwalała z nóg.
Moje oczy biegły wraz z ruchem ręki. Przyciskałam pędzel do twardego papieru, dzięki któremu farba nie przesiąkała na drugą stronę kartki. Od długiego czasu nie czułam się taka spokojna i odprężona. Mój umysł potrzebował tego. Chwili odpoczynku od strachu i ciągłych obaw przed krzywdą ze strony ludzi. Każdy człowiek zasługuje na odrobinę ukojenia, nawet ten najgorszy.
Przyznaję, że malowanie stało się dla mnie oazą spokoju. Może będzie to dla mnie czymś ciekawszym niż liczby i działania? Zacisnęłam dolną wargę miedzy zębami, malując kolejną tym razem pomarańczową linię. Uniosłam pędzel by zrobić następny promień, gdy nagle spotkałam zastygłe we mnie, spojrzenie chłopaka. Wpatrywał się we mnie łagodnym wzrokiem, co niepokoiło mnie. Po kilku niezręcznych sekundach ukazał szereg białych zębów, ale nic nie powiedział. Wyglądał na rozbawionego. Czyżbym miała aż tak dobre poczucie humoru?
- Skończyłem - oznajmił krótko i zerknął na swoją pracę.
- Chcesz zobaczyć? - zapytał z nutą niepewności w głosie. Ku własnemu zdziwieniu, zgodziłam się. Nie chcę by uważano mnie za wariatkę, dlatego nie mogę tak się zachowywać. Jeśli będę dobrze się sprawować to szybciej mnie stąd wypuszczą i w końcu zaczerpnę świeżego powietrza. Tak właśnie będzie.
Pielęgniarz złapał za górne rogi kartki, po czym pokazał mi obrazek, który był kolorowy i taki... wesoły. Były na nim uśmiechnięte dwie postacie, jedna wysoka, a druga niska. Jego malunek nie miał dla mnie specjalnego znaczenia, dopóki nie zobaczyłam napisu: Harry & Odriee.
~LOUIS~
Po wizycie u lekarza odprowadziłem Biankę do jej pokoju i nałożyłem nową maść, która już tak nie śmierdziała. Nie zamieniliśmy już ani słowa, a kiedy wychodziłem sięgnęła po gazetę, którą pozwoliłem jej zabrać.
Miałem zamiar zrobić sobie teraz krótką przerwę, a potem zająć się resztą pacjentów. Usiadłem w fotelu, w salonie. Mówimy tak na pomieszczenie, które znajduje się obok recepcji. Jest to duży, otwarty pokój, gdzie znajduje się wiele stolików i foteli, gdzie pacjenci mogę posiedzieć, pograć w coś, porozmawiać, obejrzeć telewizję, albo pograć na pianinie. Lubię tu przesiadywać, bo widzę integrację, pomiędzy pacjentami, którzy są na tyle zdrowi, by wyjść z małego pokoju i zainteresować się czymś innym poza jedzeniem.
Zwróciłem wzrok na telewizję, bo pielęgniarka akurat włączyła wiadomości.
"- Niepokój na południu Wielkiej Brytanii, czyżby Niemcy szykowały kolejny atak na nasze państwo? "W każdym kiosku i sklepie dostępne są darmowe ulotki z poleceniami, jak zachować się w podczas ataku wroga. Robimy, co w naszej mocy, by ochronić obywateli na południu" - podaje generał wojska, a my apelujemy, by zachować spokój i zachować wszelkie możliwe środki ostrożności" - słuchałem spikerki z otwartymi oczami. Ataki Niemiec? Czyżby miała się odbyć powtórka z przed 4 lat?
W salonie nastąpiło poruszenie. Nasz ośrodek gościł wiele ofiar walk, które odbyły się ledwie 4 lata temu i sięgały aż do Bristolu. Nie odczułem skutków tych ataków, bo przebywałem wtedy u ciotki w Liverpoolu.
Natychmiast do salonu wkroczyło kilka pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy zabrali wystraszonych pacjentów do ich pokoi. Zabrałem pod rękę młodą dziewczynę, Fionę i pomogłem podnieść się z fotela.
- Wszystko w porządku? - zapytałem łagodnie. Spojrzała na mnie ze smutkiem.
- Wtedy zginęli moi rodzice, czy teraz pora na mnie? - zapytała, a po jej ciemnych policzkach spłynęły łzy. Otarłem je i uśmiechnąłem się.
- Nie, oczywiście, że nie. Obiecuję ci, że wszystko będzie w porządku i będziesz żyła jeszcze bardzo długo. - mrugnąłem do niej, a ona uniosła lekko kącik ust.
- Wierzę ci - szepnęła. Zaprowadziłem mulatkę do jej pokoju i pomogłem położyć się w łóżku. Już miałem się odwrócić, kiedy złapała mnie za dłoń. Spojrzałem, zdezorientowany.
- O co chodzi?
- Rozstrzelali ich jak kaczki - szepnęła. Przebiegł mnie dreszcz.
- Ty tak nie skończysz - również wyszeptałem. - Obiecuję ci to.
Pokiwała głową i odwróciła się do ściany. Nadal wstrząśnięty, zamknąłem drzwi i wyszedłem na korytarz.
~ODRIEE~
Chciałam opuścić stołówkę tak szybko, jak tylko to możliwe. Rozum ostrzegał mnie przed tym chłopakiem, a serce milczało, co raz szybciej biło, wyczuwałam puls pod bladą skórą. Mój strach i obawy powróciły, gdy patrzyłam na obrazek pielęgniarza. Byłam pewna, że chce przez ten malunek coś powiedzieć. Niestety, to nie było nic dobrego. Kilka razy pokręciłam nerwowo głową. Pielęgniarz zauważył moje zdenerwowanie, dlatego odłożył szybko rysunek na stolik. Co oni chcą ze mną zrobić? Nie chcę znów trafić w ręce jakiegoś mężczyzny. Mój oddech przyspieszył, dłonie zaczęły trząść się, ale to z przyzwyczajenia. Próbowałam uspokoić swoje emocje, powtarzając w duchu, że nic mi nie będzie. Jestem bezpieczna, co wciąż do mnie nie dociera.
- Odriee... - Chłopak przykrył długimi palcami moją zaciśniętą piąstkę. Wzdrygnęłam się, wyrywając dłoń. Miałam ochotę spoliczkować go, ale nie posunęłam się do tego czynu. To imię jest już dawno nieaktualne, istnieje tylko w przeszłości, która nie wróci.
Muszę pokazać im, że nie potrzebuję tego więzienia, do normalnego życia. Boję się tylko, że jestem zbyt słaba by walczyć. Ostatni rok... wypruł mnie z sił. Gdy patrzę na swoje ramiona i nogi, myślę:
Gdzie są moje mięśnie, które niegdyś potrafiły wytrzymać ciężar kuzyna Dana?
Wszystko zniknęło. Z jednej strony, cholernie tęsknię za dawnym życiem, ale gdy myślę o tym, jak Bianca musiałaby to wszystko sama przeżywać. Możliwe, że nigdy by się od niego nie uwolniła. Siedziałaby sama, śpiewając piosenkę o konwaliach.
Przez chwilę zapomniałam o chłopaku z lokami i o wszystkich ludziach, którzy i tak nie zwracali na nas większej uwagi.
- Chcesz wrócić do swojej sali? - zapytał pielęgniarz z ochrypłym głosem. Jego głos był niższy niż zwykle, a łagodna twarz nabrała powagi. Nie żebym zwracała na niego specjalną uwagę.
Nie chciałam wracać do sali, w której nuda robiła papkę z mojego mózgu. Przez kilka godzin zostaję sama, ale gdy na moim ciele pojawia się gęsia skórka, czuję jak gdyby w pomieszczeniu był ktoś jeszcze. Chciałabym spać w jednej sali razem z Biancą. Nie musiałabym tępo wpatrywać się w ścianę i myśleć o tym, co się dzieje. Mogłabym zamknąć oczy i słuchać opowiadań blondynki, dzięki którym płacz i przerażenie poszłyby w niepamięć.
Tak głęboko byłam porwana przez myśli, że nawet nie zauważyłam, jak chłopak wszystko posprzątał. Przybory do malowania zniknęły. Oddalił się ku drewnianej szafie, w której dostrzegłam różne kolorowe pudełka. To pewnie gry planszowe, po które sięgają pacjenci, gdy już kompletnie nie wiedzą co ze sobą zrobić.
~LOUIS~
Cały dzień spędziłem, uwijając się, jak mrówka. Biegałem po całym budynku, starałem się uspokoić pacjentów, a przy tych, którzy nic nie wiedzieli udawałem spokojnego. Bałem się, że z powodu kolejnych ataków wyniknie wojna, a w niej ucierpią moi bliscy. Nie chcę ich znowu tracić.
Pod koniec dnia zaniosłem jeszcze kolację ostatnim pacjentom na moim oddziale. Większość z nich nic nie wiedziała. Siedzieli sobie najspokojniej w świecie i jedli kolację. Możliwe, że ostatnią w ich życiu. Udawałem, że wszystko jest w porządku, a w rzeczywistości strach zżerał mnie od środka.
Zapukałem do drzwi pokoju Bianki i wjechałem z metalowym wózkiem. Usiadłem na łóżku i nałożyłem jej jajecznicę ze szczypiorkiem i pomidorami na talerz. Jadła, obserwując mnie uważnie. Za każdym razem, kiedy tak na mnie patrzy, zastanawiam się, czemu to robi. W jej oczach dostrzegam tak wiele emocji, których nie umiem sobie wyjaśnić. Prawdopodobnie są to emocje, które zrozumieć może tylko osoba, która doświadczyła tego, co ona. Możliwe, że obawia się, że nagle się na nią rzucę. Często przypominam jej, że jest tu bezpieczna, ale ona nadal nie chce mi uwierzyć. Może dwa lata spędzone w zamknięciu odebrały jej całą wiarę w ludzi? Kiedy kończy zabieram talerz, ale nie pozwala mi wstać.
- Wszystko w porządku? - pyta. Marszczę brwi i zastanawiam się, co ma na myśli.
- Nie - mówię, choć przecież obiecałem sobie, że nie będę siał paniki. Nie jestem w stanie jej okłamywać, możliwe, że to wpływ jej przenikliwego spojrzenia.
- Dlaczego? - ponownie zadaje mi pytanie, na które nie chcę odpowiadać.
- Niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć. - odpowiadam. Czasami zastanawiam się, czy ją lubię. Gdybym tylko mógł, ściął bym te jej długie blond włosy.
- Niektórych rzeczy lepiej nie zachowywać tylko dla siebie - wzdycha i kładzie się na łóżku. Patrzę chwilę, jak podnosi ręce i próbuje zrobić kształty na ścianie w świetle lampki stojącej przy stoliku.
- Dobranoc. - mówię i wychodzę, zostawiając ją z jej cieniami.
Pod koniec dnia zaniosłem jeszcze kolację ostatnim pacjentom na moim oddziale. Większość z nich nic nie wiedziała. Siedzieli sobie najspokojniej w świecie i jedli kolację. Możliwe, że ostatnią w ich życiu. Udawałem, że wszystko jest w porządku, a w rzeczywistości strach zżerał mnie od środka.
Zapukałem do drzwi pokoju Bianki i wjechałem z metalowym wózkiem. Usiadłem na łóżku i nałożyłem jej jajecznicę ze szczypiorkiem i pomidorami na talerz. Jadła, obserwując mnie uważnie. Za każdym razem, kiedy tak na mnie patrzy, zastanawiam się, czemu to robi. W jej oczach dostrzegam tak wiele emocji, których nie umiem sobie wyjaśnić. Prawdopodobnie są to emocje, które zrozumieć może tylko osoba, która doświadczyła tego, co ona. Możliwe, że obawia się, że nagle się na nią rzucę. Często przypominam jej, że jest tu bezpieczna, ale ona nadal nie chce mi uwierzyć. Może dwa lata spędzone w zamknięciu odebrały jej całą wiarę w ludzi? Kiedy kończy zabieram talerz, ale nie pozwala mi wstać.
- Wszystko w porządku? - pyta. Marszczę brwi i zastanawiam się, co ma na myśli.
- Nie - mówię, choć przecież obiecałem sobie, że nie będę siał paniki. Nie jestem w stanie jej okłamywać, możliwe, że to wpływ jej przenikliwego spojrzenia.
- Dlaczego? - ponownie zadaje mi pytanie, na które nie chcę odpowiadać.
- Niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć. - odpowiadam. Czasami zastanawiam się, czy ją lubię. Gdybym tylko mógł, ściął bym te jej długie blond włosy.
- Niektórych rzeczy lepiej nie zachowywać tylko dla siebie - wzdycha i kładzie się na łóżku. Patrzę chwilę, jak podnosi ręce i próbuje zrobić kształty na ścianie w świetle lampki stojącej przy stoliku.
- Dobranoc. - mówię i wychodzę, zostawiając ją z jej cieniami.
______________________________________________________________________________
Halo, halo
Oto i kolejny rozdział :D
Tyle pytań bez odpowiedzi :O
Komentujcie, domyślajcie się, czekamy na ciekawe komentarze ;)
Jak widzicie zmieniłyśmy wygląd bloga, bo miałyśmy kilka uwag to poprzedniego szablonu. Tamten również był śliczny, ale było kilka elementów, które wyglądały... mało estetycznie (?) W każdym razie, jesteśmy zadowolone z nowego wyglądu ABNORMAL. A Wy co sądzicie o szablonie? Podoba się?
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
sobota, 14 listopada 2015
Rozdział 7 You can hurt me
Muzyka: C-CLOWN - Far Away Young Love
Bezradne me oczy krwawią ze strachu, który czuję w środku
Przypieczętowaliście swój zgon, kiedy odebraliście co było moje,
Nie próbuj mnie powstrzymać przed pomszczeniem tego świata,
Żaden głos nie zostanie usłyszany.
- Oh, Harry. - Blondynka pociągnęła nosem i zaraz zaczęła starannie wycierać palcami skórę pod oczami. Idealnie otarła lekko wilgotne miejsca, nie rozmazując przy tym swojego lekkiego makijażu.
- Um, coś się stało, Pagie? Dlaczego płakałaś? - pytam. Dziewczyna odkaszluje i nabiera powietrza, wyglądając przy tym na bardzo zdenerwowaną.
- Nic się nie stało, Harry. To... dosyć trudne. Z resztą... nie będę cię zanudzać moimi życiowymi problemami. - Pokręciła głową i spojrzała na osobę, stojącą dwa kroki ode mnie. Widząc Odriee, uśmiechnęła się blado, tak jakby bała się jej.
- Cześć, Odriee - powiedziała wysokim głosikiem, tak jak kobiety, gdy mówią do małych dzieci. Brunetka jednak wolała milczeć i wpatrywać się w ścianę.
Pagie wzruszyła ramionami z lekkim zażenowaniem.
- Nie przejmuj się. Odriee nigdy się nie odzywa. - wytłumaczyłem, nie chcąc by Pagie było przykro.
Przeczuwałem, że brunetka przewróci oczami, co chwilę później zrobiła.
- Pai... musimy wracać do pracy. Nie chcę mieć kłopotów u pani Hetfield - zabrała głos Monic, jedna z sanitariuszek. Pagie rzuciła ciche ''jasne'' i złapała za rączkę od mopa, który leżał na podłodze.
- To ja już pójdę - mruknęła, ale wciąż nie ruszała się z miejsca. Staliśmy naprzeciw siebie i czekaliśmy, aż jedno z nas odejdzie.
- Może masz ochotę gdzieś pójść po pracy... ze mną - zaproponowałem z nutą niepewności. Nie znam jej zbyt dobrze, a raczej w ogóle. Polubiłem ją, to tyle. Twarz Pagie rozpromieniła się w ciągu sekundy.
- Tak! - prawie krzyknęła, co ją zawstydziło. - Tak - poprawiła ciszej i spokojniej.
- To świetnie - odparłem i zaraz usłyszałem czyjeś kroki. Brunetka, która chwilę temu stała obok, kroczyła korytarzem przed siebie. Przeprosiłem Pagie i pobiegłem za Odriee.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytałem. - Gdzie tak uciekasz, Odriee? - pacjentka zatrzymała się gwałtownie przez co wpadłem na nią. Zmierzyła mnie pełnym wrogości wzrokiem, jakbym był czemuś winien. Doszedłem do wniosku, że lepiej o nic więcej nie pytać. Nie wiem, co ją tak drażni, ale nie mogę oskarżać tej dziewczyny za to, że jest chora.
~ BIANCA ~
Wchodzi do mojej sali, jak zwykle wcześniej pukając. Nie wiem, po co to robi, ale to miłe. Lubię, gdy stara się zachowywać tak, jakbyśmy wcale nie znajdowali się w psychiatryku.
ON nigdy nie pukał. Nigdy nas nie uprzedzał, że wchodzi.
Pytam, która godzina, a on patrzy na zegarek i informuje mnie, że właśnie wybiła dwunasta. Kiwam głową, nie mówiąc już nic więcej.
Chłopak tymczasem przekłada na wózku różne przedmioty medyczne i zgaduję, że zaraz będzie mi zmieniał opatrunek. Podciąga rękaw mojej szarej, zwykłej koszulki i ostrożnie odwija bandaż. Dotyka opuszkami palców świeżego strupa na ranie od cięcia nożem.
- Nie wygląda to dobrze - wzdycha cicho. Sięgam ręką na wózek i zabieram spore opakowanie śmierdzącej maści. Otwieram je i starając się nie wdychać jej zapachu podaję pielęgniarzowi. Delikatnie rozsmarowuje specyfik, przerywając za każdym razem, kiedy wzdycham i patrząc na mnie pytająco.
- W porządku - mówię tylko i zamykam oczy. Rana szczypie. Nienawidzę tego, który mi to zrobił. Zabiłabym go z chęcią, gdyby nie to, że Ali już mnie uprzedziła.
Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do jej nowego imienia. Odriee. Brzmi, jak z jakiegoś cudownego świata, raju, do którego żadna z nas nigdy nie będzie mieć wstępu, z powodu tego, co nam się przytrafiło.
~ Bianca ~
Kiedy chłopak skończył rozsmarowywać maść podałam mu czysty bandaż.
- Dziękuję - mruknął i zabrał się za owijanie materiału. Widziałam, że stara się, by mnie nie bolało, jednak nie potrafiłam powstrzymać grymasu.
- Bardzo cię boli? - zapytał, marszcząc brwi.
- Bardzo - westchnęłam. Nie mam zamiaru udawać. Chcę tu siedzieć, ale nie muszę robić z siebie męczennicy. Jeżeli mogą mi pomóc, to niech mi pomogą, a potem zostawią w spokoju.
- Przyprowadzę lekarza, co ty na to? - zapytał, wstając. - Wydaje mi się, że on lepiej się na tym zna.
- A może pójdę z tobą? - zaproponowałam. Chciałam się przejść gdzieś dalej, niż od łóżka do okna i z powrotem. Zastanowił się na chwilę.
- Myślę, że to dobry pomysł.
Zabezpieczył bandaż, by się nie odwijał i kazał mi trzymać rękę blisko ciała, na wszelki wypadek.
Kiedy dotarliśmy do gabinetu doktora, ktoś tam już był. Musieliśmy usiąść na plastikowych krzesełkach i czekać. Zabrałam z małego stolika gazetę i otworzyłam na losowej stronie. Od dwóch lat zupełnie nic nie czytałam, więc postanowiłam to nadrobić. Zanim poprzednia osoba wyszła od lekarza zdążyłam przeczytać połowę czasopisma.
- Mogę sobie je wziąć? - zapytałam. Chłopak spojrzał na mnie, wyrwany z zamyślenia.
- Yy, tak - mruknął, po czym wstał i ręką wskazał, bym weszła do gabinetu. Zamknął za mną drzwi i stanął obok mnie.
Gabinet lekarski był przytulny, pomalowany jasnoniebieską farbą. Na przeciwko drzwi stało drewniane biurko, za którym siedział mniej więcej czterdziestoletni mężczyzna w białym fartuchu. Po lewej znajdowało się łóżko, jakie można znaleźć w szpitalach, a po prawej sprzęt medyczny, którego nie umiem nazwać.
Lekarz podniósł wzrok znad laptopa i uśmiechnął się przyjaźnie. Miał trochę przerzedzone, brązowe włosy, niebieskie, miłe oczy i zmarszczki wokół nich, które sugerowały, że często się uśmiechał. Wstał zza biurka i podszedł do mnie. Podał mi rękę, a drugą wskazał krzesło naprzeciwko biurka.
- Witam panią, proszę spocząć - obejrzałam się na mojego opiekuna, który kiwnął głową i zajął miejsce obok mnie, na drugim krześle.
- Co panią do mnie sprowadza? - zapytał lekarz, zajmując swoje poprzednie miejsce.
- Moja ręka - mruknęłam, wskazując ranę. Mężczyzna zmarszczył brwi i przyjrzał się mojemu ramieniu.
- Tak, tak pamiętam. Od ciosu noża. Czyżby maść nie pomagała? - to pytanie skierował do pielęgniarza. Chłopak pokręcił głową i westchnął.
- Robiłem wszystko dokładnie tak, jak pan kazał, ale niestety nic to nie dało.
_____________________________________________________________________________
Witamy Was kochane!
Na samym początku chcemy ogłosić, że nazwiska chłopaków (Harry'ego i Louisa)
zostały zmienione! ---> zajrzyjcie do zakładki ''Postacie''
Uznałyśmy, że mała zmiana nie zaszkodzi i mamy nadzieję, że Wam to też będzie odpowiadać :) Dziękujemy za wszelkie komentarze!
Do następnego!!!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
Bezradne me oczy krwawią ze strachu, który czuję w środku
Przypieczętowaliście swój zgon, kiedy odebraliście co było moje,
Nie próbuj mnie powstrzymać przed pomszczeniem tego świata,
Żaden głos nie zostanie usłyszany.
~ HARRY ~
Stąpałem z nogi na nogę, krocząc krok w krok za niską brunetką. Przy moich stu osiemdziesięciu centymetrach wyglądała jak bezbronna myszka. Od czasu do czasu próbowałem jakoś rozpocząć rozmowę, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że ona i tak nic z siebie nie wydusi. Spacerowaliśmy korytarzami szpitala w ciszy, która nie była wcale taka zła. Właściwie, byłem odprężony i w końcu mogłem trochę podumać w marzeniach, które są dosyć skomplikowane. Dlaczego uważam, że są trudne? Hm, do spełnienia ich potrzebuję drugiej osoby. Takiej osoby, która zostanie ze mną już na całe życie. Schowałem dłonie w kieszeniach białych spodni, których tak szczerze nie cierpię. Cały czas się brudzą. Spojrzałem przed siebie. Na końcu długiego korytarza stała Pagie i jakaś inna pielęgniarka. Zawzięcie o czymś rozmawiały, wydawało się, że nowa praktykantka nie potrafi nabrać tchu. Gdy zbliżaliśmy się do dwóch pogrążonych w dialogu kobiet, zauważyłem, że Pagie ma zaczerwienione oczy. Zorientowałem się, że płakała. W tej pracy to się zdarza. Nie jeden pacjent potrafi obsmarować pracownika. Jednak w tym przypadku, chyba nie o to chodziło.
- On mnie zostawił samą, rozumiesz? Ja... ja myślałam, że to ten jedyny. Byłam głupia, myśląc, że on może mnie kochać... - chlipała dziewczyna, a koleżanka masowała jej ramię. Uniosłem lekko brew, widząc w jakim stanie jest Williams. Chrząknąłem i przystanąłem obok dziewczyn.- Oh, Harry. - Blondynka pociągnęła nosem i zaraz zaczęła starannie wycierać palcami skórę pod oczami. Idealnie otarła lekko wilgotne miejsca, nie rozmazując przy tym swojego lekkiego makijażu.
- Um, coś się stało, Pagie? Dlaczego płakałaś? - pytam. Dziewczyna odkaszluje i nabiera powietrza, wyglądając przy tym na bardzo zdenerwowaną.
- Nic się nie stało, Harry. To... dosyć trudne. Z resztą... nie będę cię zanudzać moimi życiowymi problemami. - Pokręciła głową i spojrzała na osobę, stojącą dwa kroki ode mnie. Widząc Odriee, uśmiechnęła się blado, tak jakby bała się jej.
- Cześć, Odriee - powiedziała wysokim głosikiem, tak jak kobiety, gdy mówią do małych dzieci. Brunetka jednak wolała milczeć i wpatrywać się w ścianę.
Pagie wzruszyła ramionami z lekkim zażenowaniem.
- Nie przejmuj się. Odriee nigdy się nie odzywa. - wytłumaczyłem, nie chcąc by Pagie było przykro.
Przeczuwałem, że brunetka przewróci oczami, co chwilę później zrobiła.
- Pai... musimy wracać do pracy. Nie chcę mieć kłopotów u pani Hetfield - zabrała głos Monic, jedna z sanitariuszek. Pagie rzuciła ciche ''jasne'' i złapała za rączkę od mopa, który leżał na podłodze.
- To ja już pójdę - mruknęła, ale wciąż nie ruszała się z miejsca. Staliśmy naprzeciw siebie i czekaliśmy, aż jedno z nas odejdzie.
- Może masz ochotę gdzieś pójść po pracy... ze mną - zaproponowałem z nutą niepewności. Nie znam jej zbyt dobrze, a raczej w ogóle. Polubiłem ją, to tyle. Twarz Pagie rozpromieniła się w ciągu sekundy.
- Tak! - prawie krzyknęła, co ją zawstydziło. - Tak - poprawiła ciszej i spokojniej.
- To świetnie - odparłem i zaraz usłyszałem czyjeś kroki. Brunetka, która chwilę temu stała obok, kroczyła korytarzem przed siebie. Przeprosiłem Pagie i pobiegłem za Odriee.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytałem. - Gdzie tak uciekasz, Odriee? - pacjentka zatrzymała się gwałtownie przez co wpadłem na nią. Zmierzyła mnie pełnym wrogości wzrokiem, jakbym był czemuś winien. Doszedłem do wniosku, że lepiej o nic więcej nie pytać. Nie wiem, co ją tak drażni, ale nie mogę oskarżać tej dziewczyny za to, że jest chora.
~ BIANCA ~
Wchodzi do mojej sali, jak zwykle wcześniej pukając. Nie wiem, po co to robi, ale to miłe. Lubię, gdy stara się zachowywać tak, jakbyśmy wcale nie znajdowali się w psychiatryku.
ON nigdy nie pukał. Nigdy nas nie uprzedzał, że wchodzi.
Pytam, która godzina, a on patrzy na zegarek i informuje mnie, że właśnie wybiła dwunasta. Kiwam głową, nie mówiąc już nic więcej.
Chłopak tymczasem przekłada na wózku różne przedmioty medyczne i zgaduję, że zaraz będzie mi zmieniał opatrunek. Podciąga rękaw mojej szarej, zwykłej koszulki i ostrożnie odwija bandaż. Dotyka opuszkami palców świeżego strupa na ranie od cięcia nożem.
- Nie wygląda to dobrze - wzdycha cicho. Sięgam ręką na wózek i zabieram spore opakowanie śmierdzącej maści. Otwieram je i starając się nie wdychać jej zapachu podaję pielęgniarzowi. Delikatnie rozsmarowuje specyfik, przerywając za każdym razem, kiedy wzdycham i patrząc na mnie pytająco.
- W porządku - mówię tylko i zamykam oczy. Rana szczypie. Nienawidzę tego, który mi to zrobił. Zabiłabym go z chęcią, gdyby nie to, że Ali już mnie uprzedziła.
Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do jej nowego imienia. Odriee. Brzmi, jak z jakiegoś cudownego świata, raju, do którego żadna z nas nigdy nie będzie mieć wstępu, z powodu tego, co nam się przytrafiło.
~ HARRY ~
Oprowadziłem brunetkę po całym oddziale. Pokazałem jej wiele pomieszczeń, do których nie chciała wchodzić. Doszliśmy do końca korytarza, gdzie po lewej stronie były drzwi, prowadzące do salki 'zbiorowej terapii'. To sala, gdzie prawie codziennie spotykają się pacjenci naszego szpitala, wraz z panią Bennett, która stara się polepszyć samopoczucie i zachowanie naszych podopiecznych.
- A tu - wskazałem na białe drzwi, oklejone zielonym plakatem, na którym widniał napis:
"Uśmiechajmy się do siebie i szukajmy tego, co nas łączy" - znajduje się sala, gdzie pani terapeutka przeprowadza różne, ciekawe zajęcia z pacjentami. - krótko wyjaśniłem, za to Odriee przewróciła oczami, jakby chciała powiedzieć 'A co mnie to obchodzi?'. Przez chwilę przyglądałem się jej. Miała cienie pod oczami, a jej wargi lekko spuchły i zróżowiały. Mimo tego, wyglądała dosyć dobrze. Jak na dziewczynę przetrzymywaną w piwnicy przez rok - dodało moje sumienie.
- Jeżeli nie masz ochoty już zwiedzać, możemy pójść na stołówkę. - zaproponowałem i w głębi nie liczyłem na to, że się zgodzi. Byłem pewien, że będzie chciała wrócić.
W drodze na stołówkę nie wydarzyło się nic ciekawego. Jak zawsze towarzyszyła nam cisza, do której zaczynałem mieć wątpliwości. Chciałbym pomóc tej dziewczynie, ale jak mam to zrobić, gdy ona wiecznie milczy? Nie mamy ze sobą żadnego kontaktu. Odriee raz traktuje mnie jak ducha, a później dopada ją niespodziewany gniew i ma ogień w swych ciemnych oczach. Powinienem zrozumieć w jakiej jest sytuacji, ale - sam nie wiem dlaczego - chcę usłyszeć jej głos.
Miejsce, gdzie każdy pacjent może zjeść obiad w gronie innych ludzi, to właśnie stołówka. Jest to jedno z przytulniejszych pomieszczeń w instytucji. Ściany są pomalowane na kremowy kolor i ozdabiają je rysunki i inne dzieła pacjentów. Każdy może tu coś stworzyć na papierze i umieścić na jednej z ścian. Dzięki kolorowym pracom, sala wygląda jak przedszkole.
Pod ścianami stoją miękkie kanapy, a obok nich są dwa regały z książkami. Czasami, kiedy mam przerwę sam sięgam po jakąś książkę. Najczęściej jest to: ''Wraz z miłością, przeminęło...'' Przeczytałem tę historię miłosną, prawie całą. Louis czasem nawet się ze mnie nabija, że powinienem zostać doktorem od spraw miłosnych, albo rehabilitantem złamanych serc.
Razem z nastolatką przekroczyliśmy próg dużych drzwi, przy których stało dwóch umięśnionych strażników z beznamiętnymi wyrazami twarzy. Jednym z nich był niejaki Greg, z którym wcześniej miałem 'przyjemność' uciąć krótką pogawędkę na temat jego poglądów o naszych podopiecznych. Bez słowa minęliśmy strażników, którzy jedynie zmierzyli nas krótkim, nieznaczącym spojrzeniem.
- To nasza stołówka - oznajmiłem, pocierając zimne dłonie. Wskazałem palcem na małą grupkę pacjentów, którzy postanowili jakoś ciekawie spędzić wolny czas i malowali obrazki.
- Widzisz tych ludzi? - zapytałem Odriee, a ta kiwnęła leniwie głową - Jeśli chciałabyś pomalować tak, jak oni, to nie bój się. Jestem tu, żeby spędzić z tobą miło czas - powiedziałem łagodnie, by dodać brunetce trochę otuchy. Spojrzałem na dwóch starszych panów, którzy grali w szachy i śmiali się z czegoś. Jak ja bym chciał, żeby każdy pacjent dobrze się tu czuł. Może wtedy zniknęłaby ta napięta atmosfera miedzy pracownikami a podopiecznymi.
- To jak? Malujemy?
W drodze na stołówkę nie wydarzyło się nic ciekawego. Jak zawsze towarzyszyła nam cisza, do której zaczynałem mieć wątpliwości. Chciałbym pomóc tej dziewczynie, ale jak mam to zrobić, gdy ona wiecznie milczy? Nie mamy ze sobą żadnego kontaktu. Odriee raz traktuje mnie jak ducha, a później dopada ją niespodziewany gniew i ma ogień w swych ciemnych oczach. Powinienem zrozumieć w jakiej jest sytuacji, ale - sam nie wiem dlaczego - chcę usłyszeć jej głos.
Miejsce, gdzie każdy pacjent może zjeść obiad w gronie innych ludzi, to właśnie stołówka. Jest to jedno z przytulniejszych pomieszczeń w instytucji. Ściany są pomalowane na kremowy kolor i ozdabiają je rysunki i inne dzieła pacjentów. Każdy może tu coś stworzyć na papierze i umieścić na jednej z ścian. Dzięki kolorowym pracom, sala wygląda jak przedszkole.
Pod ścianami stoją miękkie kanapy, a obok nich są dwa regały z książkami. Czasami, kiedy mam przerwę sam sięgam po jakąś książkę. Najczęściej jest to: ''Wraz z miłością, przeminęło...'' Przeczytałem tę historię miłosną, prawie całą. Louis czasem nawet się ze mnie nabija, że powinienem zostać doktorem od spraw miłosnych, albo rehabilitantem złamanych serc.
Razem z nastolatką przekroczyliśmy próg dużych drzwi, przy których stało dwóch umięśnionych strażników z beznamiętnymi wyrazami twarzy. Jednym z nich był niejaki Greg, z którym wcześniej miałem 'przyjemność' uciąć krótką pogawędkę na temat jego poglądów o naszych podopiecznych. Bez słowa minęliśmy strażników, którzy jedynie zmierzyli nas krótkim, nieznaczącym spojrzeniem.
- To nasza stołówka - oznajmiłem, pocierając zimne dłonie. Wskazałem palcem na małą grupkę pacjentów, którzy postanowili jakoś ciekawie spędzić wolny czas i malowali obrazki.
- Widzisz tych ludzi? - zapytałem Odriee, a ta kiwnęła leniwie głową - Jeśli chciałabyś pomalować tak, jak oni, to nie bój się. Jestem tu, żeby spędzić z tobą miło czas - powiedziałem łagodnie, by dodać brunetce trochę otuchy. Spojrzałem na dwóch starszych panów, którzy grali w szachy i śmiali się z czegoś. Jak ja bym chciał, żeby każdy pacjent dobrze się tu czuł. Może wtedy zniknęłaby ta napięta atmosfera miedzy pracownikami a podopiecznymi.
- To jak? Malujemy?
~ Bianca ~
Kiedy chłopak skończył rozsmarowywać maść podałam mu czysty bandaż.
- Dziękuję - mruknął i zabrał się za owijanie materiału. Widziałam, że stara się, by mnie nie bolało, jednak nie potrafiłam powstrzymać grymasu.
- Bardzo cię boli? - zapytał, marszcząc brwi.
- Bardzo - westchnęłam. Nie mam zamiaru udawać. Chcę tu siedzieć, ale nie muszę robić z siebie męczennicy. Jeżeli mogą mi pomóc, to niech mi pomogą, a potem zostawią w spokoju.
- Przyprowadzę lekarza, co ty na to? - zapytał, wstając. - Wydaje mi się, że on lepiej się na tym zna.
- A może pójdę z tobą? - zaproponowałam. Chciałam się przejść gdzieś dalej, niż od łóżka do okna i z powrotem. Zastanowił się na chwilę.
- Myślę, że to dobry pomysł.
Zabezpieczył bandaż, by się nie odwijał i kazał mi trzymać rękę blisko ciała, na wszelki wypadek.
Kiedy dotarliśmy do gabinetu doktora, ktoś tam już był. Musieliśmy usiąść na plastikowych krzesełkach i czekać. Zabrałam z małego stolika gazetę i otworzyłam na losowej stronie. Od dwóch lat zupełnie nic nie czytałam, więc postanowiłam to nadrobić. Zanim poprzednia osoba wyszła od lekarza zdążyłam przeczytać połowę czasopisma.
- Mogę sobie je wziąć? - zapytałam. Chłopak spojrzał na mnie, wyrwany z zamyślenia.
- Yy, tak - mruknął, po czym wstał i ręką wskazał, bym weszła do gabinetu. Zamknął za mną drzwi i stanął obok mnie.
Gabinet lekarski był przytulny, pomalowany jasnoniebieską farbą. Na przeciwko drzwi stało drewniane biurko, za którym siedział mniej więcej czterdziestoletni mężczyzna w białym fartuchu. Po lewej znajdowało się łóżko, jakie można znaleźć w szpitalach, a po prawej sprzęt medyczny, którego nie umiem nazwać.
Lekarz podniósł wzrok znad laptopa i uśmiechnął się przyjaźnie. Miał trochę przerzedzone, brązowe włosy, niebieskie, miłe oczy i zmarszczki wokół nich, które sugerowały, że często się uśmiechał. Wstał zza biurka i podszedł do mnie. Podał mi rękę, a drugą wskazał krzesło naprzeciwko biurka.
- Witam panią, proszę spocząć - obejrzałam się na mojego opiekuna, który kiwnął głową i zajął miejsce obok mnie, na drugim krześle.
- Co panią do mnie sprowadza? - zapytał lekarz, zajmując swoje poprzednie miejsce.
- Moja ręka - mruknęłam, wskazując ranę. Mężczyzna zmarszczył brwi i przyjrzał się mojemu ramieniu.
- Tak, tak pamiętam. Od ciosu noża. Czyżby maść nie pomagała? - to pytanie skierował do pielęgniarza. Chłopak pokręcił głową i westchnął.
- Robiłem wszystko dokładnie tak, jak pan kazał, ale niestety nic to nie dało.
_____________________________________________________________________________
Witamy Was kochane!
Na samym początku chcemy ogłosić, że nazwiska chłopaków (Harry'ego i Louisa)
zostały zmienione! ---> zajrzyjcie do zakładki ''Postacie''
Uznałyśmy, że mała zmiana nie zaszkodzi i mamy nadzieję, że Wam to też będzie odpowiadać :) Dziękujemy za wszelkie komentarze!
Do następnego!!!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
czwartek, 5 listopada 2015
Rozdział 6 Can you hear me?
Muzyka: Skylar Grey - I Know You
Nie utrudniaj tego,
Nie pozwalaj przeszłości dyktować.
Tak,
Byłam cierpliwa, ale powoli
tracę wiarę.
Cienie twojego serca
Wiszą w słodkim, słodkim powietrzu.
Znam cię kochanie.
Tajemnice, które skrywasz,
Kontrolują nas i to po prostu nie fair.
Znam cię kochanie.
~ LOUIS ~
- Tomman! - usłyszałem krzyk szefowej z końca korytarza. Jej ton jak zwykle brzmiał tak, jakbym coś zrobił nie tak.
- O co chodzi? - zapytałem, stając w drzwiach jej gabinetu. Siedziała za dużym, dębowym biurkiem, a przed nią, na dwóch niebieskich fotelach siedziało małżeństwo.
- Tomman, to państwo Luca. - pokiwałem głową. Dobrze znam to nazwisko. - Jak już się pewnie domyślasz, są rodzicami Bianki. Chcieliby się z nią zobaczyć. - skinęła na mnie głową.
- Oczywiście. Myślę, że Bianka jest w takim stanie, że dobrze by jej zrobiło spotkanie się z rodziną. - państwo Luca wstali, przedstawili się i podali mi ręce. Zaprowadziłem ich korytarzem do sali, w której odbywały się takie spotkania i zastrzegłem, żeby byli ostrożni.
Oboje byli wstrząśnięci, pani Luca ocierała chusteczką oczy, ale też zachowywali się uprzejmie w stosunku do mnie, co było miłą odmianą.
~ ODRIEE ~
Cały ponury dzień przesiedziałam w jednym kącie. Czułam, że mój tyłek stwardniał tak, jak reszta mojego ciała. Nie przejmowałam się tym. Przyzwyczaiłam się do bólu, ale nigdy nie będą potrafiła wziąć do siebie tego, że jestem teraz całkiem inną osobą. Gdy dotykam swoich dłoni, nie czuję delikatnej, gładkiej skóry, ale szorstki materiał. To tak, jakbym była ubrana w brudny kombinezon, którego nie potrafię zdjąć. To okropne. Ten świat i ludzie w nim mieszkający są okropni. Zmieniam się wraz z upływem czasu. Staję się gorszą, mało wartą wersją Odriee, która niegdyś kochała życie. Dorastała w dobrej, kochającej się rodzinie, nie miała wielu przyjaciół, prowadziła codzienne, proste życie i spoglądała na każdą chwilę z optymizmem.
Ukłucie w sercu, które poczułam, pewnie znaczyło tęsknotę. Potrząsnęłam głową tak, by moje myśli wyleciały. Pragnęłam zapomnieć. Niewielka prośba, a jednak trudna do spełnienia.
W samo południe chłopak z brązowymi lokami, wrócił z wózkiem, na którym czekał na mnie obiad. Oczywiście nie zjadłam ani trochę. Ignorując prośby - jeżeli się nie mylę - tego pielęgniarza, stawiałam opór. Nie byłam zadowolona z tego, że to on będzie moim opiekunem, którego wcale nie potrzebuję. Ktoś sprawił, że znienawidziłam męskiego dotyku. Za każdym razem boję się, że jakiś mężczyzna znów zrobi mi krzywdę. Teraz również boję się wzroku. Nie chcę, żeby na mnie patrzyli, ani żeby o mnie myśleli. To straszne.
Wszyscy jesteśmy tacy sami, a jednocześnie tacy inni.
Usłyszałam pukanie, ale ani drgnęłam. Było dopiero popołudnie, a z kolacją jeszcze za wcześnie, dlatego przez chwilę byłam poirytowana, wiedząc, że znów ten chłopak coś będzie ode mnie chciał. Nie myliłam się. Po chwili w małym pomieszczeniu było nas dwoje. On - mężczyzna o szmaragdowych oczach i malinowych ustach i ja - nastolatka, którą wszyscy wzięli za obłąkaną. Czując jego ładny zapach, przewróciłam oczami, czego najprawdopodobniej nie zauważył. Obiecałam sobie, że nie będę patrzeć na niego, ani na żadną obcą mi osobę. Obiecałam. Moje gałki oczne postanowiły robić mi na złość, ponieważ lekko zerkały na osobę siedzącą na krześle. Mogłabym przysiąc, że chłopak się uśmiechał, ale nie jak jakiś cwaniak, który chciałby mnie wyśmiać. Był to lekki, ciepły uśmiech, który sprawiał, że moje mięśnie rozluźniały się.
- Masz ochotę na spacer? - zapytał, a na moim czole pojawiło się kilka zmarszczek. Spacer? Niby gdzie mogłabym spacerować w tym znienawidzonym przeze mnie budynku?
- Wiesz, nie chcę żebyś zanudziła się tu na śmierć. Jeśli przyjmiesz moją propozycję, będę naprawdę szczęśliwy - odparł nie spuszczając ze mnie wzroku. Czułam, jak moja skóra płonie, ale jak to mogło być możliwe, gdy w pokoju było tak zimno? Oboje milczeliśmy. Ja obmyślałam wszystkie za i przeciw, a on cierpliwie czekał na odpowiedź, na którą mógł czekać wieki.
Miałam wiele przeszkód by pójść z nim na 'spacer', który byłby dla mnie, jak wyprowadzanie chorego na wściekliznę psa. Tak właśnie bym się czuła. Jednak gdy coś szepnęło mi do ucha, że mogłabym spotkać się z Bianką, od razu zresetowałam wszystkie przeciw. To był jedyny powód, dla którego zgodziłam się.
~ LOUIS ~
- Bianca? - zacząłem, wchodząc do pokoju. Leżała na łóżku i robiła łódkę z papieru. Kiedy usłyszała mój głos podniosła się i spojrzała na mnie bystro.
- Wydaje mi się, że powinnaś się z kimś zobaczyć. - Jej oczy pojaśniały.
- Ali? - zapytała z nadzieją w głosie. Podrapałem się po głowie. Dotarło do mnie, że ta drobna brunetka w ciągu trudnego roku stała się dla niej osobą ważniejszą nawet od rodziny.
- Nie, to nie Odriee, ale jeśli chcesz możesz spotkać się z nią jutro, lub w jakiś inny dzień.
- Więc kto to? - wstała, kiedy podszedłem do niej.
- Twoi rodzice - mała łódka spadła na ziemię niemal bez szmeru. Dotknęła swoich policzków. Patrzyła gdzieś ponad moim ramieniem. Poczułem ogromną ochotę, by położyć swoją dłoń na jej drobnej ręce, ale w ostatnim momencie zmieniłem ten ruch na dotknięcie jej ramienia. Cofnęła się gwałtownie.
- Nie - potrząsnęła głową. Skuliła się i położyła obie dłonie na podłodze. Kucnąłem obok niej.
- Przepraszam cię. Nie zrobię ci nic złego, już ci mówiłem. Jesteś bezpieczna, a teraz powinnaś zobaczyć się z rodzicami.
Przez kilka chwil kiwała się w przód i w tył, patrząc na swoje dłonie.
- Tak. Ja... Tak, masz rację - wstała i podeszła do drzwi. - Chodź, musisz mnie zaprowadzić.
~ ODRIEE ~
Chodziliśmy po całym oddziale w ciszy. Gdy chłopak chciał coś powiedzieć, zaraz zamykał usta.
Patrzyłam na wszystko. Na bladożółte ściany, na jasną podłogę i na ludzi. Szczerze mówiąc obawiałam się, że znalazłam się w jakimś przerażającym miejscu, gdzie chorzy biegają po korytarzach, drapią paznokciami ściany, a pracownicy potajemnie przeprowadzają testy w piwnicach na pacjentach. Nie sądziłam, że może tu być tak spokojnie.
Kilka kroków ode mnie, otworzyły się białe drzwi, a w nich pojawiła się zgarbiona osoba, prowadzona przez pracownicę.
- Chcę stąd wyjść. Muszę stąd uciec, muszę stąd uciec. - powtarzała starsza kobieta. Jej ręce trzęsły się, a wzrok błądził na wszystkie strony. Przystanęłam niedaleko chorej pani. Bez jakichkolwiek ograniczeń przypatrywałam się jej. Miała ciemnorude, poszarpane włosy, nadgarstki miała oszpecone cienkimi liniami, których nie potrafiłabym policzyć.
- Chodźmy dalej - poprosił pielęgniarz. Chciałam iść, ale moje nogi były przybite do podłogi. Czy ja też tak skończę? Czy rzeczywiście całkiem postradam zmysły i będę wyglądać jak zombie? Trochę przerażona widokiem chorej kobiety, zamrugałam kilka razy powiekami. Gdy już chciałam iść dalej, poczułam że ktoś mocno mną szarpie.
- Uciekaj! Uciekaj, póki możesz! - rudowłosa trzęsła moimi ramionami. Z grymasem na twarzy spojrzałam w jej oczy. Tęczówki miała zalane czarną barwą, a zęby zaciskała w groźny sposób. Była tak blisko, że mogłam słyszeć, jak cicho powtarzała jakąś modlitwę. Zachowałam stoicki spokój, mimo tego, że jej wzrok wysysał ze mnie wszelką siłę.
- Pani Amelio, proszę się uspokoić. - Pielęgniarka powoli odciągnęła ode mnie kobietę. Nadal czułam dotyk tej kobiety. Pomasowałam ramię i z ukosa spojrzałam jak kobieta odchodzi z pracownicą.
- Leki zaraz zaczną działać i wszystko będzie dobrze - szeptała sanitariuszka, oplatając ręką ramię chorej.
Przez chwilę stałam jak wryta. Nie wiedziałam, co sądzić o zaistniałej chwilę temu sytuacji.
- Nie bój się. Jesteś tu bezpieczna - usłyszałam za sobą ochrypły głos, który miał mnie pocieszyć. Niestety nadal czułam dreszcz, który raził mnie jak prąd.
~ LOUIS ~
Wpuściłem Biankę przodem, a potem zamknąłem drzwi. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, jak jej rodzice podchodzą do niej i patrzą, jakby była zjawą.
- Och, kochanie. - zaczęła pani Luca. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że to ty. Tak bardzo mi przykro. - Zupełnie się rozkleiła, a jej mąż objął ją ramieniem.
- Bianca - mężczyzna był w lepszym stanie. - Radzisz sobie, dziecko? - Nie wyglądał, jak ktoś, kto po dwóch latach wreszcie spotyka swoją córkę, która przez ten czas była bita i gwałcona. Na jego miejscu przytuliłbym ją najmocniej, jakbym umiał, obiecując, że już nigdy nic złego jej nie spotka.
Czułem, że nie powinienem tu być, ale nie mogłem wyjść. Stałem więc obok drzwi i patrzyłem na pofalowane włosy Bianki i zastanawiałem się, czy każda rodzina jest taka nieczuła w stosunku do siebie. Rodzice, jakby widzieli tylko siebie i poza tym nic. Czy naprawdę, nie widzą, jak ich córka cierpi?
Miałem ochotę na siłę ich do siebie przycisnąć. Mam nadzieję, że jeżeli się kiedyś ożenię i będę miał dzieci to nie będziemy tacy, jak oni.
- Witajcie - powiedziała w końcu dziewczyna. - Nie martw się matko, będzie dobrze. - Dlaczego to ona pociesza tę kobietę, która pozwala sobie nazywać się jej matką? Zwróciła głowę w stronę mężczyzny, obejmującego panią Luca. - Tak, ojcze. Radzę sobie. Nic się nie stało. Po prostu spędzę tu trochę czasu.
- Och nie. Nie wolno, kochanie. - Jej matka wyprostowała się i otarła łzę. - Musisz wracać do domu. Masz 19 lat. Musisz dokończyć szkołę, wszystko już załatwione, nie przejmuj się. Nie możesz tu zostać, ludzie i tak już dość gadają. - Jej mąż potakiwał głową. Tego było już za wiele. Podszedłem do załamanej Bianki, która omal nie przewróciła się, słysząc to i najdelikatniej, jak mogłem objąłem ją ramieniem.
- Przykro mi, ale czas się skończył. Muszą państwo wrócić, żeby omówić parę spraw z szefową. Do widzenia. - Pierwsze wrażenie, jakie sobą przedstawiali było fałszywe. Tak naprawdę to dwójka bezuczuciowych robotów. Odprowadziłem blondynkę do jej pokoju i pomogłem położyć się na łóżku. Usiadłem na krześle i pochyliłem głowę.
- Dlaczego się nie zmienili? - zapytała. - Dlaczego mnie nie rozumieją? - z jej oczu wypłynęły łzy i zniknęły we włosach.
- Niektórzy ludzie nigdy się nie zmieniają, bez względu na okoliczności - mruknąłem.
- Chciałabym, żebyś teraz już sobie poszedł - poprosiła. Skinąłem głową i wstałem. Już miałem zamknąć za sobą drzwi, kiedy dodała: - Ale wróć rano.
- Wrócę - obiecałem i odszedłem, próbując uspokoić oddech.
________________________________________________________________________________
No witamy :D
Czy to 6 rozdział? Tak! Dokładnie tak :D
Minął tydzień, więc jest i kolejny rozdział. Od razu uprzedzam, rozdziały nie będą pojawiać się dokładnie co tydzień, bo wiadomo, szkoła i te sprawy, ale postaramy się, żeby co najwyżej 10-cio dniowe przerwy były ;)
Pozdrawiamy cieplutko wszystkie czytelniczki, te które komentują i te które tylko czytają również ;D
Czekamy na ciekawe komentarze, do następnego.
Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
Nie utrudniaj tego,
Nie pozwalaj przeszłości dyktować.
Tak,
Byłam cierpliwa, ale powoli
tracę wiarę.
Cienie twojego serca
Wiszą w słodkim, słodkim powietrzu.
Znam cię kochanie.
Tajemnice, które skrywasz,
Kontrolują nas i to po prostu nie fair.
Znam cię kochanie.
~ LOUIS ~
- Tomman! - usłyszałem krzyk szefowej z końca korytarza. Jej ton jak zwykle brzmiał tak, jakbym coś zrobił nie tak.
- O co chodzi? - zapytałem, stając w drzwiach jej gabinetu. Siedziała za dużym, dębowym biurkiem, a przed nią, na dwóch niebieskich fotelach siedziało małżeństwo.
- Tomman, to państwo Luca. - pokiwałem głową. Dobrze znam to nazwisko. - Jak już się pewnie domyślasz, są rodzicami Bianki. Chcieliby się z nią zobaczyć. - skinęła na mnie głową.
- Oczywiście. Myślę, że Bianka jest w takim stanie, że dobrze by jej zrobiło spotkanie się z rodziną. - państwo Luca wstali, przedstawili się i podali mi ręce. Zaprowadziłem ich korytarzem do sali, w której odbywały się takie spotkania i zastrzegłem, żeby byli ostrożni.
Oboje byli wstrząśnięci, pani Luca ocierała chusteczką oczy, ale też zachowywali się uprzejmie w stosunku do mnie, co było miłą odmianą.
~ ODRIEE ~
Cały ponury dzień przesiedziałam w jednym kącie. Czułam, że mój tyłek stwardniał tak, jak reszta mojego ciała. Nie przejmowałam się tym. Przyzwyczaiłam się do bólu, ale nigdy nie będą potrafiła wziąć do siebie tego, że jestem teraz całkiem inną osobą. Gdy dotykam swoich dłoni, nie czuję delikatnej, gładkiej skóry, ale szorstki materiał. To tak, jakbym była ubrana w brudny kombinezon, którego nie potrafię zdjąć. To okropne. Ten świat i ludzie w nim mieszkający są okropni. Zmieniam się wraz z upływem czasu. Staję się gorszą, mało wartą wersją Odriee, która niegdyś kochała życie. Dorastała w dobrej, kochającej się rodzinie, nie miała wielu przyjaciół, prowadziła codzienne, proste życie i spoglądała na każdą chwilę z optymizmem.
Ukłucie w sercu, które poczułam, pewnie znaczyło tęsknotę. Potrząsnęłam głową tak, by moje myśli wyleciały. Pragnęłam zapomnieć. Niewielka prośba, a jednak trudna do spełnienia.
W samo południe chłopak z brązowymi lokami, wrócił z wózkiem, na którym czekał na mnie obiad. Oczywiście nie zjadłam ani trochę. Ignorując prośby - jeżeli się nie mylę - tego pielęgniarza, stawiałam opór. Nie byłam zadowolona z tego, że to on będzie moim opiekunem, którego wcale nie potrzebuję. Ktoś sprawił, że znienawidziłam męskiego dotyku. Za każdym razem boję się, że jakiś mężczyzna znów zrobi mi krzywdę. Teraz również boję się wzroku. Nie chcę, żeby na mnie patrzyli, ani żeby o mnie myśleli. To straszne.
Wszyscy jesteśmy tacy sami, a jednocześnie tacy inni.
Usłyszałam pukanie, ale ani drgnęłam. Było dopiero popołudnie, a z kolacją jeszcze za wcześnie, dlatego przez chwilę byłam poirytowana, wiedząc, że znów ten chłopak coś będzie ode mnie chciał. Nie myliłam się. Po chwili w małym pomieszczeniu było nas dwoje. On - mężczyzna o szmaragdowych oczach i malinowych ustach i ja - nastolatka, którą wszyscy wzięli za obłąkaną. Czując jego ładny zapach, przewróciłam oczami, czego najprawdopodobniej nie zauważył. Obiecałam sobie, że nie będę patrzeć na niego, ani na żadną obcą mi osobę. Obiecałam. Moje gałki oczne postanowiły robić mi na złość, ponieważ lekko zerkały na osobę siedzącą na krześle. Mogłabym przysiąc, że chłopak się uśmiechał, ale nie jak jakiś cwaniak, który chciałby mnie wyśmiać. Był to lekki, ciepły uśmiech, który sprawiał, że moje mięśnie rozluźniały się.
- Masz ochotę na spacer? - zapytał, a na moim czole pojawiło się kilka zmarszczek. Spacer? Niby gdzie mogłabym spacerować w tym znienawidzonym przeze mnie budynku?
- Wiesz, nie chcę żebyś zanudziła się tu na śmierć. Jeśli przyjmiesz moją propozycję, będę naprawdę szczęśliwy - odparł nie spuszczając ze mnie wzroku. Czułam, jak moja skóra płonie, ale jak to mogło być możliwe, gdy w pokoju było tak zimno? Oboje milczeliśmy. Ja obmyślałam wszystkie za i przeciw, a on cierpliwie czekał na odpowiedź, na którą mógł czekać wieki.
Miałam wiele przeszkód by pójść z nim na 'spacer', który byłby dla mnie, jak wyprowadzanie chorego na wściekliznę psa. Tak właśnie bym się czuła. Jednak gdy coś szepnęło mi do ucha, że mogłabym spotkać się z Bianką, od razu zresetowałam wszystkie przeciw. To był jedyny powód, dla którego zgodziłam się.
~ LOUIS ~
- Bianca? - zacząłem, wchodząc do pokoju. Leżała na łóżku i robiła łódkę z papieru. Kiedy usłyszała mój głos podniosła się i spojrzała na mnie bystro.
- Wydaje mi się, że powinnaś się z kimś zobaczyć. - Jej oczy pojaśniały.
- Ali? - zapytała z nadzieją w głosie. Podrapałem się po głowie. Dotarło do mnie, że ta drobna brunetka w ciągu trudnego roku stała się dla niej osobą ważniejszą nawet od rodziny.
- Nie, to nie Odriee, ale jeśli chcesz możesz spotkać się z nią jutro, lub w jakiś inny dzień.
- Więc kto to? - wstała, kiedy podszedłem do niej.
- Twoi rodzice - mała łódka spadła na ziemię niemal bez szmeru. Dotknęła swoich policzków. Patrzyła gdzieś ponad moim ramieniem. Poczułem ogromną ochotę, by położyć swoją dłoń na jej drobnej ręce, ale w ostatnim momencie zmieniłem ten ruch na dotknięcie jej ramienia. Cofnęła się gwałtownie.
- Nie - potrząsnęła głową. Skuliła się i położyła obie dłonie na podłodze. Kucnąłem obok niej.
- Przepraszam cię. Nie zrobię ci nic złego, już ci mówiłem. Jesteś bezpieczna, a teraz powinnaś zobaczyć się z rodzicami.
Przez kilka chwil kiwała się w przód i w tył, patrząc na swoje dłonie.
- Tak. Ja... Tak, masz rację - wstała i podeszła do drzwi. - Chodź, musisz mnie zaprowadzić.
~ ODRIEE ~
Chodziliśmy po całym oddziale w ciszy. Gdy chłopak chciał coś powiedzieć, zaraz zamykał usta.
Patrzyłam na wszystko. Na bladożółte ściany, na jasną podłogę i na ludzi. Szczerze mówiąc obawiałam się, że znalazłam się w jakimś przerażającym miejscu, gdzie chorzy biegają po korytarzach, drapią paznokciami ściany, a pracownicy potajemnie przeprowadzają testy w piwnicach na pacjentach. Nie sądziłam, że może tu być tak spokojnie.
Kilka kroków ode mnie, otworzyły się białe drzwi, a w nich pojawiła się zgarbiona osoba, prowadzona przez pracownicę.
- Chcę stąd wyjść. Muszę stąd uciec, muszę stąd uciec. - powtarzała starsza kobieta. Jej ręce trzęsły się, a wzrok błądził na wszystkie strony. Przystanęłam niedaleko chorej pani. Bez jakichkolwiek ograniczeń przypatrywałam się jej. Miała ciemnorude, poszarpane włosy, nadgarstki miała oszpecone cienkimi liniami, których nie potrafiłabym policzyć.
- Chodźmy dalej - poprosił pielęgniarz. Chciałam iść, ale moje nogi były przybite do podłogi. Czy ja też tak skończę? Czy rzeczywiście całkiem postradam zmysły i będę wyglądać jak zombie? Trochę przerażona widokiem chorej kobiety, zamrugałam kilka razy powiekami. Gdy już chciałam iść dalej, poczułam że ktoś mocno mną szarpie.
- Uciekaj! Uciekaj, póki możesz! - rudowłosa trzęsła moimi ramionami. Z grymasem na twarzy spojrzałam w jej oczy. Tęczówki miała zalane czarną barwą, a zęby zaciskała w groźny sposób. Była tak blisko, że mogłam słyszeć, jak cicho powtarzała jakąś modlitwę. Zachowałam stoicki spokój, mimo tego, że jej wzrok wysysał ze mnie wszelką siłę.
- Pani Amelio, proszę się uspokoić. - Pielęgniarka powoli odciągnęła ode mnie kobietę. Nadal czułam dotyk tej kobiety. Pomasowałam ramię i z ukosa spojrzałam jak kobieta odchodzi z pracownicą.
- Leki zaraz zaczną działać i wszystko będzie dobrze - szeptała sanitariuszka, oplatając ręką ramię chorej.
Przez chwilę stałam jak wryta. Nie wiedziałam, co sądzić o zaistniałej chwilę temu sytuacji.
- Nie bój się. Jesteś tu bezpieczna - usłyszałam za sobą ochrypły głos, który miał mnie pocieszyć. Niestety nadal czułam dreszcz, który raził mnie jak prąd.
~ LOUIS ~
Wpuściłem Biankę przodem, a potem zamknąłem drzwi. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, jak jej rodzice podchodzą do niej i patrzą, jakby była zjawą.
- Och, kochanie. - zaczęła pani Luca. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że to ty. Tak bardzo mi przykro. - Zupełnie się rozkleiła, a jej mąż objął ją ramieniem.
- Bianca - mężczyzna był w lepszym stanie. - Radzisz sobie, dziecko? - Nie wyglądał, jak ktoś, kto po dwóch latach wreszcie spotyka swoją córkę, która przez ten czas była bita i gwałcona. Na jego miejscu przytuliłbym ją najmocniej, jakbym umiał, obiecując, że już nigdy nic złego jej nie spotka.
Czułem, że nie powinienem tu być, ale nie mogłem wyjść. Stałem więc obok drzwi i patrzyłem na pofalowane włosy Bianki i zastanawiałem się, czy każda rodzina jest taka nieczuła w stosunku do siebie. Rodzice, jakby widzieli tylko siebie i poza tym nic. Czy naprawdę, nie widzą, jak ich córka cierpi?
Miałem ochotę na siłę ich do siebie przycisnąć. Mam nadzieję, że jeżeli się kiedyś ożenię i będę miał dzieci to nie będziemy tacy, jak oni.
- Witajcie - powiedziała w końcu dziewczyna. - Nie martw się matko, będzie dobrze. - Dlaczego to ona pociesza tę kobietę, która pozwala sobie nazywać się jej matką? Zwróciła głowę w stronę mężczyzny, obejmującego panią Luca. - Tak, ojcze. Radzę sobie. Nic się nie stało. Po prostu spędzę tu trochę czasu.
- Och nie. Nie wolno, kochanie. - Jej matka wyprostowała się i otarła łzę. - Musisz wracać do domu. Masz 19 lat. Musisz dokończyć szkołę, wszystko już załatwione, nie przejmuj się. Nie możesz tu zostać, ludzie i tak już dość gadają. - Jej mąż potakiwał głową. Tego było już za wiele. Podszedłem do załamanej Bianki, która omal nie przewróciła się, słysząc to i najdelikatniej, jak mogłem objąłem ją ramieniem.
- Przykro mi, ale czas się skończył. Muszą państwo wrócić, żeby omówić parę spraw z szefową. Do widzenia. - Pierwsze wrażenie, jakie sobą przedstawiali było fałszywe. Tak naprawdę to dwójka bezuczuciowych robotów. Odprowadziłem blondynkę do jej pokoju i pomogłem położyć się na łóżku. Usiadłem na krześle i pochyliłem głowę.
- Dlaczego się nie zmienili? - zapytała. - Dlaczego mnie nie rozumieją? - z jej oczu wypłynęły łzy i zniknęły we włosach.
- Niektórzy ludzie nigdy się nie zmieniają, bez względu na okoliczności - mruknąłem.
- Chciałabym, żebyś teraz już sobie poszedł - poprosiła. Skinąłem głową i wstałem. Już miałem zamknąć za sobą drzwi, kiedy dodała: - Ale wróć rano.
- Wrócę - obiecałem i odszedłem, próbując uspokoić oddech.
________________________________________________________________________________
No witamy :D
Czy to 6 rozdział? Tak! Dokładnie tak :D
Minął tydzień, więc jest i kolejny rozdział. Od razu uprzedzam, rozdziały nie będą pojawiać się dokładnie co tydzień, bo wiadomo, szkoła i te sprawy, ale postaramy się, żeby co najwyżej 10-cio dniowe przerwy były ;)
Pozdrawiamy cieplutko wszystkie czytelniczki, te które komentują i te które tylko czytają również ;D
Czekamy na ciekawe komentarze, do następnego.
Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
czwartek, 29 października 2015
Rozdział 5 Do you help me?
Muzyka - Beyonce "Halo"
Wysoko w niebie możesz latać
Uda ci się, jeśli spróbujesz
W niebie jesteś daleko stąd
W niebie możesz śpiewać
I możesz robić wszystko
Nieważne co mówią, to prawda
Idę do błękitu
Nie chcę nigdy umrzeć
Chcę żyć w niebie
~ HARRY ~
ஐ ஐ ஐ
Siedzę na plastikowym krzesełku bez wygodnego oparcia i zastanawiam się, co ja robię na tym stadionie. Kilkadziesiąt tysięcy osób ryczy, śpiewa jakieś piosenki, które mają dopingować zawodników. Oczywiście, Louis w ogóle się od nich nie różni. Chłopak siada, wstaje, krzyczy, komentuje cały mecz, wyrażając swoje zdanie.
- To nie są piłkarze! Co to ma być?! - zwraca się do mnie i pokazuje na ogromne, zielone boisko.
- To są panienki! - wydziera się, ale nikt nie zwraca uwagi na chłopaka. To chyba nawet lepiej. Nie chcę mieć problemów przez Tomlinsona i jego dzikie krzyki.
- No patrz, Harry! Spójrz tylko! Taka okazja na bramkę, a ten debil się wywraca! - chłopak rwie za końcówki włosów i pociera brodę. Sam nawet nie wiem, który to, ale mój przyjaciel ma rację. Ten mecz to żenada, mówiąc delikatnie.
- Lou, pamiętaj. To przecież wina trenera. - powtarzam jego słowa i śmieję się z jego kamiennej twarzy.
~ BIANCA ~
Nie znam imienia mojego pielęgniarza, ale polubiłam go. Dziś rano przyniósł mi na śniadanie kanapki z marmoladą brzoskwiniową. Kocham marmoladę brzoskwiniową. Zjadłam cztery kanapki, słuchając, jak chłopak opowiada o wczorajszym meczu. W ciągu pięciu minut zdążył porządnie obsmarować londyński klub. Nie miałam ochoty na rozmowę, więc tylko patrzyłam na jego dłonie. Są zupełnie inne, niż jedyne męskie dłonie, które miałam okazję czuć przez ostatnie dwa lata.
Powiedział, że dziś już nie przyjdzie, bo ma zajęcia na uczelni. Wspominał, że chce być lekarzem. Myślę, że będzie wyglądał fajnie w białym fartuchu. Opieram się plecami o ciepły kaloryfer. Lubię ciepło.
Zamknęłam oczy i odpłynęłam.
ஐ ஐ ஐ
Mój sen przerwał brunet. Uśmiechnął się i nałożył mi na talerz jajecznicę z boczkiem i szczypiorkiem. Do tego dwie kromki, posmarowane masłem.
- Nie miałeś mieć dziś zajęć? - zdziwiłąm się.
- Miałem, ale odwołali, więc wpadłem przynieść ci kolację - wyjaśnił i usiadł na łóżku. Podniosłam się z podłogi i usiadłam obok niego.
- Lubisz jajecznicę? - zagadnął.
- Lubię - wzruszyłam ramionami. Czasami jadłyśmy jajecznicę u Niego, ale nie kojarzy mi się źle. Jedyne czego nienawidzę to placki ziemniaczane. Zawsze zimne, suche, z ziemniaków startych na grubych oczkach.
Tym razem to on dotknął mojej dłoni. Była niepokojąco zimna. Zmarszczyłam brwi.
- Wszystko w porządku? - zapytałam, choć właściwie to on powinien o to pytać.
- Tak - mruknął i spojrzał mi w oczy.
- Jak masz na imię? - zapytałam, bo poczułam się niezręcznie. Czy tak zachowuje się lekarz?
- Nie wiem - zamyślił się. Teraz naprawdę się zdziwiłam. Coś jest nie tak.
- Ale to nie ważne - powiedział, po czym zbliżył się na niebezpieczną odległość. Przymknął oczy. O boże, zaraz mnie pocałuje. Chciałam zerwać się z miejsca i przytulić się znów do kaloryfera, ale przytrzymał mnie za rękę. Znowu. Znowu ktoś chce mnie wykorzystać. Zamknęłam oczy i krzyknęłam najgłośniej, jak mogłam.
Otworzyłam oczy. Chłopak puścił moją dłoń i patrzył na mnie z troską. Łóżko było nienaturalnie twarde. Pielęgniarz zamiast ładnych, brązowych włosów miał długie, blond. Nie miał na sobie typowej, białej koszuli i białych spodni. Zamiast tego sukienkę do kolan, w blodoróżowym kolorze i małą kokardę z boku głowy. Najbardziej jednak twarz się zmieniła. Wyglądał bardziej kobieco. Potarłam oczy i dotarło do mnie, że to nie on. Pochylała się nade mną drobna kobieta, około dwudziestu lat. Sprawiała wrażenie nieco przestraszonej.
- Dlaczego śpisz na ziemi? Lepiej połóż się w łóżku, jest wygodniejsze - zaproponowała. Rzeczywiście. Siedziałam pod ścianą, oparta o ciepły kaloryfer.
- Ja... - zaczęłam, a pielęgniarka ciekawsko przekrzywiła głowę. Jakby słuchała, co dziecko do niej mówi. - Nieważne. - już jej nie lubię. Nie jestem dzieckiem.
- Dlaczego twoja koleżanka się nie odzywa? - zapytała powoli i wyraźnie akcentując każde słowo. Wydaje mi się, że jest nowa w tej pracy. Chyba nie rozumie, że pacjenci to nie banda przedszkolaków, tylko dorośli ludzie z problemami.
- Skąd mam wiedzieć? - warknęłam. - Może nie chce marnować języka na takich ignorantów, jak ty.
- Och - mruknęła. Zdecydowanie jest nowa, skoro nie przyzwyczaiła się do wariatów, którzy jej nienawidzą.
- Idź sobie. - wskazałam jej palcem drzwi, jednocześnie nakładając sobie grysik na talerz. Cóż, bardzo dojrzała kolacja.
~ HARRY ~
Nadszedł kolejny dzień pracy. Chcąc, nie chcąc musiałem zaczynać o 8:00 rano, co było dla mnie kolejnym wyzwaniem w tym tygodniu. Szedłem szarym korytarzem, kiwając głową każdemu pracownikowi. Bez słów i szczególnych gestów, ominąłem Grega, który zgrywał obrażonego. Przewróciłem oczami widząc, że dorosły facet, zachowuje się, jak nabuzowana hormonami nastolatka.
W salce dla personelu spotkałem Grettę, która powitała mnie ciepłym uśmiechem i całusem w policzek. Margretta to jedna z pielęgniarek, ale również kierowniczka naszego oddziału. Kobieta jest blisko pięćdziesiątki, ma brązowe, kręcone włosy, które zawsze spina w kok i wspaniały uśmiech. To z nią, jako pierwszą tu się zaprzyjaźniłem. Widziałem, że Gretta to dobra kobieta, która potrafi dostrzec człowieka w człowieku, czym zarobiła u mnie plusa.
- Jak minął ci wolny dzień, Harry? - zapytała i usiadła przy stoliku, na którym leżała kartka i długopis. Jak zawsze z rana przypisywała każdemu obowiązki na dany dzień. Rzuciłem sportową torbę z ubraniami na żółtą kanapę, stojącą pod ścianą. Przeczesałem palcami włosy, równocześnie wzdychając.
- Proszę cię... - bąknąłem, nadal słysząc w uszach ryki Louisa. Zamknąłem oczy i ziewnąłem. Do późnej nocy, powtarzałem na test psychologiczny, a teraz będę harował jak dziki osioł.
- Wczoraj Louis zabrał mnie na mecz - wyjaśniłem.
- Mecz? - zdziwiła się. - Znowu?
- Tak, znowu - odgarnąłem loki z czoła. - Było okropnie. Znowu - usiadłem i wyjąłem z torby ubrania. Wszystko było białe, nawet spodnie. Przed wyjściem, zerknąłem na listę dzisiejszych prac.
- Dziś zajmiesz się nową pacjentką - dodała Gretta. Byłem ciekaw, którą nową pacjentką. Zaraz potem, napisała czarnym tuszem na białej kartce: Odriee Moore. W pewien sposób byłem zadowolony.
- To ta niska brunetka, tak? - upewniłem się, spoglądając na jej profil twarzy.
- Nie udawaj Harry, że nie wiesz, o którą chodzi. - mruknęła z cwanym uśmieszkiem.
- Podobno pierwszy do niej pobiegłeś, kiedy przywieźli ją i tą drugą dziewczynę. - dodała z podejrzliwym wyrazem twarzy. Jej kącik ust uniósł się lekko. Panie Boże, co te kobiety mają w głowach?
- Pobiegłem, bo taka była potrzeba, Gretto. - wyjaśniłem poirytowany.
ஐ ஐ ஐ
Wybiła 9:00, a więc czas śniadania. Zaciskałem palce na metalowej rączce od wózka, pchając go aż pod salę 32. O dziwo, nie zastałem tam Grega, ale Jay'a. On również jest strażnikiem. Całkiem dobrze się dogadujemy, może dlatego, że jesteśmy w tym samym wieku.
- Cześć, Harry - od razu włożył klucz i nacisnął klamkę.
- Siemka, Jay. Jak ci idzie z załatwianiem mieszkania z Susie? Zgodziła się?
Podrapał się po głowie, ale jego śnieżnobiały uśmiech mówił sam za siebie.
- Mam nadzieję, że nie popełniam żadnego błędu. Wiesz jaka Sus potrafi być - odpowiada żartem, a ja odpowiadam śmiechem.
Jay i Louis to jedyni równi goście w tej instytucji. Sam pan Hetfield zachowuje się jak palant, kąpany w forsie. Cóż... dyrektora się nie wybiera. Niestety. Jednak, gdybym miał taką możliwość, to zgłosiłbym Grettę. Myślę, że i pracownicy i pacjenci lepiej by się tu czuli. Szkoda, że nie ma czegoś takiego, jak głosowanie na szefa. Praca byłaby o wiele przyjemniejsza.
Wjeżdżam z wózkiem do pomieszczenia, które wydaje się chłodniejsze, niż zwykle. Pukam do drzwi i szukam wzrokiem pacjentki, którą mam się opiekować. Po chwili dostrzegam jej drobną postać w kącie. Skulona, blada, spokojna, jakby odcięta od świata. Miałem dziwne uczucie, że dzieli nas gruby, niewidzialny mur. Odchrząknąłem.
- Witam, jestem Harry - przedstawiłem się, jak to zawsze robię, wobec nowych pacjentów. Nie spojrzała. - A ty pewnie jesteś Odriee, czyż nie? - nie dostałem odpowiedzi. Może jest niemową? Chwilę później przypomniałem sobie jak krzyczała, gdy próbowała nawiać. Tak naprawdę, to nie dziwiłem się jej.
- W każdym razie, miło mi - westchnąłem, zacisnąłem wargi i kiwnąłem głową, widząc że dziewczyna nie ma ochoty na rozmowę. Postawiłem na stoliku biały, plastikowy talerzyk z kanapkami, a obok ciepłą herbatę.
- Nie mogę zmusić cię do jedzenia, ale na twoim miejscu zjadłbym coś. Bez pokarmu człowiek jest trupem, a gdy człowiek jest trupem, to jest mi smuto - powiedziałem, mając nadzieję, że nie wskoczy na mnie. Podobno Pagie tak bardzo się wystraszyła tej dziewczyny, że musiała zaparzyć sobie melisy na uspokojenie.
Odriee nie reagowała. Była pogrążona we własnym świecie, ignorowała wszystko i wszystkich. Tak, jak większość chorych psychicznie ludzi, wpatrywała się w ścianę, jakby ta była pomalowana na tysiące kolorów. Tymczasem była to tylko zwykła, zniszczona ściana.
_______________________________________________________________
Witajcie :D
Tak oto zakończył się rozdział 5.
Piszcie śmiało komentarze, nie gryziemy ;)
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
Wysoko w niebie możesz latać
Uda ci się, jeśli spróbujesz
W niebie jesteś daleko stąd
W niebie możesz śpiewać
I możesz robić wszystko
Nieważne co mówią, to prawda
Idę do błękitu
Nie chcę nigdy umrzeć
Chcę żyć w niebie
~ HARRY ~
Razem z Louisem wybrałem się na mecz piłki nożnej. Byłem okropnie zmęczony i nie lubię tego sportu, ale przyjaciel bardzo mnie prosił. Nie dawał mi spokoju w pracy. Na lunchu przekonywał mnie, że nie będę żałował. Louis miał iść ze swoim starszym kuzynem, ale ten się mocno rozchorował i zostawił Tomlinsona na pastwę losu. Dla mojego przyjaciela nie ma nic gorszego, od kibicowania w samotności na najważniejszym meczu Anglii. Może dlatego, że nie ma wtedy na kogo wrzeszczeć? Lubi wyładować złe emocje na kimś, a zazwyczaj tym kimś jestem ja.
Kiedyś poszedłem z nim na mecz i nie skończyło się to dobrze. Nasza reprezentacja przegrała bodajże 0:5. Chłopak wściekł się, a gdy wychodziliśmy z stadionu to kopnął w metalowy kosz i złamał sobie palec u nogi. Właściwie, było to nawet zabawne.
Kiedyś poszedłem z nim na mecz i nie skończyło się to dobrze. Nasza reprezentacja przegrała bodajże 0:5. Chłopak wściekł się, a gdy wychodziliśmy z stadionu to kopnął w metalowy kosz i złamał sobie palec u nogi. Właściwie, było to nawet zabawne.
- Jeżeli znów będziesz kopał w kosze, to możesz być pewny, że to ostatni raz, gdy idę z tobą na jakikolwiek mecz - poinformowałem go, a on prychnął. Czyżby tamto wydarzenie ulotniło się z jego głowy? - Mówię poważnie, stary.
- Spokojna głowa! - śmieje się, a ja mierzę go poważnym wzrokiem.
Louis jest nieprzewidywalny, dlatego nigdy nie jestem pewien, czy nie będzie chciał czegoś rozwalić lub wylać komuś piwa na głowę.
- No dobrze, mamo. Obiecuję być grzecznym chłopcem - zamyka oczy i kładzie prawą dłoń gdzieś przy sercu, a drugą unosi. Kiwam głową zrezygnowany i idę w stronę stadionu.
Louis jest nieprzewidywalny, dlatego nigdy nie jestem pewien, czy nie będzie chciał czegoś rozwalić lub wylać komuś piwa na głowę.
- No dobrze, mamo. Obiecuję być grzecznym chłopcem - zamyka oczy i kładzie prawą dłoń gdzieś przy sercu, a drugą unosi. Kiwam głową zrezygnowany i idę w stronę stadionu.
Siedzę na plastikowym krzesełku bez wygodnego oparcia i zastanawiam się, co ja robię na tym stadionie. Kilkadziesiąt tysięcy osób ryczy, śpiewa jakieś piosenki, które mają dopingować zawodników. Oczywiście, Louis w ogóle się od nich nie różni. Chłopak siada, wstaje, krzyczy, komentuje cały mecz, wyrażając swoje zdanie.
- To nie są piłkarze! Co to ma być?! - zwraca się do mnie i pokazuje na ogromne, zielone boisko.
- To są panienki! - wydziera się, ale nikt nie zwraca uwagi na chłopaka. To chyba nawet lepiej. Nie chcę mieć problemów przez Tomlinsona i jego dzikie krzyki.
- No patrz, Harry! Spójrz tylko! Taka okazja na bramkę, a ten debil się wywraca! - chłopak rwie za końcówki włosów i pociera brodę. Sam nawet nie wiem, który to, ale mój przyjaciel ma rację. Ten mecz to żenada, mówiąc delikatnie.
- Lou, pamiętaj. To przecież wina trenera. - powtarzam jego słowa i śmieję się z jego kamiennej twarzy.
~ BIANCA ~
Nie znam imienia mojego pielęgniarza, ale polubiłam go. Dziś rano przyniósł mi na śniadanie kanapki z marmoladą brzoskwiniową. Kocham marmoladę brzoskwiniową. Zjadłam cztery kanapki, słuchając, jak chłopak opowiada o wczorajszym meczu. W ciągu pięciu minut zdążył porządnie obsmarować londyński klub. Nie miałam ochoty na rozmowę, więc tylko patrzyłam na jego dłonie. Są zupełnie inne, niż jedyne męskie dłonie, które miałam okazję czuć przez ostatnie dwa lata.
Powiedział, że dziś już nie przyjdzie, bo ma zajęcia na uczelni. Wspominał, że chce być lekarzem. Myślę, że będzie wyglądał fajnie w białym fartuchu. Opieram się plecami o ciepły kaloryfer. Lubię ciepło.
Zamknęłam oczy i odpłynęłam.
ஐ ஐ ஐ
Mój sen przerwał brunet. Uśmiechnął się i nałożył mi na talerz jajecznicę z boczkiem i szczypiorkiem. Do tego dwie kromki, posmarowane masłem.
- Nie miałeś mieć dziś zajęć? - zdziwiłąm się.
- Miałem, ale odwołali, więc wpadłem przynieść ci kolację - wyjaśnił i usiadł na łóżku. Podniosłam się z podłogi i usiadłam obok niego.
- Lubisz jajecznicę? - zagadnął.
- Lubię - wzruszyłam ramionami. Czasami jadłyśmy jajecznicę u Niego, ale nie kojarzy mi się źle. Jedyne czego nienawidzę to placki ziemniaczane. Zawsze zimne, suche, z ziemniaków startych na grubych oczkach.
Tym razem to on dotknął mojej dłoni. Była niepokojąco zimna. Zmarszczyłam brwi.
- Wszystko w porządku? - zapytałam, choć właściwie to on powinien o to pytać.
- Tak - mruknął i spojrzał mi w oczy.
- Jak masz na imię? - zapytałam, bo poczułam się niezręcznie. Czy tak zachowuje się lekarz?
- Nie wiem - zamyślił się. Teraz naprawdę się zdziwiłam. Coś jest nie tak.
- Ale to nie ważne - powiedział, po czym zbliżył się na niebezpieczną odległość. Przymknął oczy. O boże, zaraz mnie pocałuje. Chciałam zerwać się z miejsca i przytulić się znów do kaloryfera, ale przytrzymał mnie za rękę. Znowu. Znowu ktoś chce mnie wykorzystać. Zamknęłam oczy i krzyknęłam najgłośniej, jak mogłam.
Otworzyłam oczy. Chłopak puścił moją dłoń i patrzył na mnie z troską. Łóżko było nienaturalnie twarde. Pielęgniarz zamiast ładnych, brązowych włosów miał długie, blond. Nie miał na sobie typowej, białej koszuli i białych spodni. Zamiast tego sukienkę do kolan, w blodoróżowym kolorze i małą kokardę z boku głowy. Najbardziej jednak twarz się zmieniła. Wyglądał bardziej kobieco. Potarłam oczy i dotarło do mnie, że to nie on. Pochylała się nade mną drobna kobieta, około dwudziestu lat. Sprawiała wrażenie nieco przestraszonej.
- Dlaczego śpisz na ziemi? Lepiej połóż się w łóżku, jest wygodniejsze - zaproponowała. Rzeczywiście. Siedziałam pod ścianą, oparta o ciepły kaloryfer.
- Ja... - zaczęłam, a pielęgniarka ciekawsko przekrzywiła głowę. Jakby słuchała, co dziecko do niej mówi. - Nieważne. - już jej nie lubię. Nie jestem dzieckiem.
- Dlaczego twoja koleżanka się nie odzywa? - zapytała powoli i wyraźnie akcentując każde słowo. Wydaje mi się, że jest nowa w tej pracy. Chyba nie rozumie, że pacjenci to nie banda przedszkolaków, tylko dorośli ludzie z problemami.
- Skąd mam wiedzieć? - warknęłam. - Może nie chce marnować języka na takich ignorantów, jak ty.
- Och - mruknęła. Zdecydowanie jest nowa, skoro nie przyzwyczaiła się do wariatów, którzy jej nienawidzą.
- Idź sobie. - wskazałam jej palcem drzwi, jednocześnie nakładając sobie grysik na talerz. Cóż, bardzo dojrzała kolacja.
~ HARRY ~
Nadszedł kolejny dzień pracy. Chcąc, nie chcąc musiałem zaczynać o 8:00 rano, co było dla mnie kolejnym wyzwaniem w tym tygodniu. Szedłem szarym korytarzem, kiwając głową każdemu pracownikowi. Bez słów i szczególnych gestów, ominąłem Grega, który zgrywał obrażonego. Przewróciłem oczami widząc, że dorosły facet, zachowuje się, jak nabuzowana hormonami nastolatka.
W salce dla personelu spotkałem Grettę, która powitała mnie ciepłym uśmiechem i całusem w policzek. Margretta to jedna z pielęgniarek, ale również kierowniczka naszego oddziału. Kobieta jest blisko pięćdziesiątki, ma brązowe, kręcone włosy, które zawsze spina w kok i wspaniały uśmiech. To z nią, jako pierwszą tu się zaprzyjaźniłem. Widziałem, że Gretta to dobra kobieta, która potrafi dostrzec człowieka w człowieku, czym zarobiła u mnie plusa.
- Jak minął ci wolny dzień, Harry? - zapytała i usiadła przy stoliku, na którym leżała kartka i długopis. Jak zawsze z rana przypisywała każdemu obowiązki na dany dzień. Rzuciłem sportową torbę z ubraniami na żółtą kanapę, stojącą pod ścianą. Przeczesałem palcami włosy, równocześnie wzdychając.
- Proszę cię... - bąknąłem, nadal słysząc w uszach ryki Louisa. Zamknąłem oczy i ziewnąłem. Do późnej nocy, powtarzałem na test psychologiczny, a teraz będę harował jak dziki osioł.
- Wczoraj Louis zabrał mnie na mecz - wyjaśniłem.
- Mecz? - zdziwiła się. - Znowu?
- Tak, znowu - odgarnąłem loki z czoła. - Było okropnie. Znowu - usiadłem i wyjąłem z torby ubrania. Wszystko było białe, nawet spodnie. Przed wyjściem, zerknąłem na listę dzisiejszych prac.
- Dziś zajmiesz się nową pacjentką - dodała Gretta. Byłem ciekaw, którą nową pacjentką. Zaraz potem, napisała czarnym tuszem na białej kartce: Odriee Moore. W pewien sposób byłem zadowolony.
- To ta niska brunetka, tak? - upewniłem się, spoglądając na jej profil twarzy.
- Nie udawaj Harry, że nie wiesz, o którą chodzi. - mruknęła z cwanym uśmieszkiem.
- Podobno pierwszy do niej pobiegłeś, kiedy przywieźli ją i tą drugą dziewczynę. - dodała z podejrzliwym wyrazem twarzy. Jej kącik ust uniósł się lekko. Panie Boże, co te kobiety mają w głowach?
- Pobiegłem, bo taka była potrzeba, Gretto. - wyjaśniłem poirytowany.
ஐ ஐ ஐ
Wybiła 9:00, a więc czas śniadania. Zaciskałem palce na metalowej rączce od wózka, pchając go aż pod salę 32. O dziwo, nie zastałem tam Grega, ale Jay'a. On również jest strażnikiem. Całkiem dobrze się dogadujemy, może dlatego, że jesteśmy w tym samym wieku.
- Cześć, Harry - od razu włożył klucz i nacisnął klamkę.
- Siemka, Jay. Jak ci idzie z załatwianiem mieszkania z Susie? Zgodziła się?
Podrapał się po głowie, ale jego śnieżnobiały uśmiech mówił sam za siebie.
- Mam nadzieję, że nie popełniam żadnego błędu. Wiesz jaka Sus potrafi być - odpowiada żartem, a ja odpowiadam śmiechem.
Jay i Louis to jedyni równi goście w tej instytucji. Sam pan Hetfield zachowuje się jak palant, kąpany w forsie. Cóż... dyrektora się nie wybiera. Niestety. Jednak, gdybym miał taką możliwość, to zgłosiłbym Grettę. Myślę, że i pracownicy i pacjenci lepiej by się tu czuli. Szkoda, że nie ma czegoś takiego, jak głosowanie na szefa. Praca byłaby o wiele przyjemniejsza.
Wjeżdżam z wózkiem do pomieszczenia, które wydaje się chłodniejsze, niż zwykle. Pukam do drzwi i szukam wzrokiem pacjentki, którą mam się opiekować. Po chwili dostrzegam jej drobną postać w kącie. Skulona, blada, spokojna, jakby odcięta od świata. Miałem dziwne uczucie, że dzieli nas gruby, niewidzialny mur. Odchrząknąłem.
- Witam, jestem Harry - przedstawiłem się, jak to zawsze robię, wobec nowych pacjentów. Nie spojrzała. - A ty pewnie jesteś Odriee, czyż nie? - nie dostałem odpowiedzi. Może jest niemową? Chwilę później przypomniałem sobie jak krzyczała, gdy próbowała nawiać. Tak naprawdę, to nie dziwiłem się jej.
- W każdym razie, miło mi - westchnąłem, zacisnąłem wargi i kiwnąłem głową, widząc że dziewczyna nie ma ochoty na rozmowę. Postawiłem na stoliku biały, plastikowy talerzyk z kanapkami, a obok ciepłą herbatę.
- Nie mogę zmusić cię do jedzenia, ale na twoim miejscu zjadłbym coś. Bez pokarmu człowiek jest trupem, a gdy człowiek jest trupem, to jest mi smuto - powiedziałem, mając nadzieję, że nie wskoczy na mnie. Podobno Pagie tak bardzo się wystraszyła tej dziewczyny, że musiała zaparzyć sobie melisy na uspokojenie.
Odriee nie reagowała. Była pogrążona we własnym świecie, ignorowała wszystko i wszystkich. Tak, jak większość chorych psychicznie ludzi, wpatrywała się w ścianę, jakby ta była pomalowana na tysiące kolorów. Tymczasem była to tylko zwykła, zniszczona ściana.
_______________________________________________________________
Witajcie :D
Tak oto zakończył się rozdział 5.
Piszcie śmiało komentarze, nie gryziemy ;)
~ Obli Viate
~ Carrie SS.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





