wtorek, 24 listopada 2015

Rozdział 8 War around us

Muzyka: Evanescene - My immortal



Mayday! Mayday! Statek powoli tonie.
Myślą, że jestem wariatką, ale oni nie znają tego uczucia.

Oni są wokół mnie, krążą jak sępy.
Chcą mnie złamać i zmyć moje kolory.
Zmyć moje kolory!


                                                                   ~ODRIEE~

     Prowadziłam pędzel bardzo uważnie by przypadkiem nie zniszczyć czegoś co stworzyłam, a w moich oczach było to najpiękniejsze. Zamieszałam pędzlem w kubku z wodą, która przybrała brzydki, cynamonowy kolor, po czym nabrałam na końcówkę pędzla trochę żółtej farby. Energicznymi ruchami tworzyłam długie linie, które miały być promieniami ukochanego słońca. Tak naprawdę, żaden ze mnie artysta. Nigdy nie lubiłam sztuki, nie potrafię jej zrozumieć.
Szkicowanie, malowanie, tworzenie dzieł z kosmosu, nie jest moją mocną stroną. Pamiętam, że w zerówce nie sięgałam chętnie po kredki, jak większość dzieci. Wolałam logiczne myślenie, jeśli teraz tak to mogę nazwać. Dodawałam i odejmowałam barany, patrząc w okno liczyłam ptaki siedzące na przewodach, układałam drobne puzzle, a w podstawówce zaczęłam nałogowo rozwiązywać sudoku. Mój młodziutki umysł próbował ogarnąć wiele zagadek, dla których nie potrafiłam znaleźć rozwiązania.
  Dzisiaj mogłam nadrobić lata, w których nie było miejsca dla farb i kredek. Starałam się, a w głębi czułam jak najzdolniejszy człowiek na świecie, mimo tego że moja praca nie zwalała z nóg.
Moje oczy biegły wraz z ruchem ręki. Przyciskałam pędzel do twardego papieru, dzięki któremu farba nie przesiąkała na drugą stronę kartki. Od długiego czasu nie czułam się taka spokojna i odprężona. Mój umysł potrzebował tego. Chwili odpoczynku od strachu i ciągłych obaw przed krzywdą ze strony ludzi. Każdy człowiek zasługuje na odrobinę ukojenia, nawet ten najgorszy.
  Przyznaję, że malowanie stało się dla mnie oazą spokoju. Może będzie to dla mnie czymś ciekawszym niż liczby i działania? Zacisnęłam dolną wargę miedzy zębami, malując kolejną tym razem pomarańczową linię. Uniosłam pędzel by zrobić następny promień, gdy nagle spotkałam zastygłe we mnie, spojrzenie chłopaka. Wpatrywał się we mnie łagodnym wzrokiem, co niepokoiło mnie. Po kilku niezręcznych sekundach ukazał szereg białych zębów, ale nic nie powiedział. Wyglądał na rozbawionego. Czyżbym miała aż tak dobre poczucie humoru?
- Skończyłem - oznajmił krótko i zerknął na swoją pracę.
- Chcesz zobaczyć? - zapytał z nutą niepewności w głosie. Ku własnemu zdziwieniu, zgodziłam się. Nie chcę by uważano mnie za wariatkę, dlatego nie mogę tak się zachowywać. Jeśli będę dobrze się sprawować to szybciej mnie stąd wypuszczą i w końcu zaczerpnę świeżego powietrza. Tak właśnie będzie.
  Pielęgniarz złapał za górne rogi kartki, po czym pokazał mi obrazek, który był kolorowy i taki... wesoły. Były na nim uśmiechnięte dwie postacie, jedna wysoka, a druga niska. Jego malunek nie miał dla mnie specjalnego znaczenia, dopóki nie zobaczyłam napisu: Harry & Odriee.



                                                                      ~LOUIS~


  Po wizycie u lekarza odprowadziłem Biankę do jej pokoju i nałożyłem nową maść, która już tak nie śmierdziała. Nie zamieniliśmy już ani słowa, a kiedy wychodziłem sięgnęła po gazetę, którą pozwoliłem jej zabrać.
 Miałem zamiar zrobić sobie teraz krótką przerwę, a potem zająć się resztą pacjentów. Usiadłem w fotelu, w salonie. Mówimy tak na pomieszczenie, które znajduje się obok recepcji. Jest to duży, otwarty pokój, gdzie znajduje się wiele stolików i foteli, gdzie pacjenci mogę posiedzieć, pograć w coś, porozmawiać, obejrzeć telewizję, albo pograć na pianinie. Lubię tu przesiadywać, bo widzę integrację, pomiędzy pacjentami, którzy są na tyle zdrowi, by wyjść z małego pokoju i zainteresować się czymś innym poza jedzeniem.
 Zwróciłem wzrok na telewizję, bo pielęgniarka akurat włączyła wiadomości.
"- Niepokój na południu Wielkiej Brytanii, czyżby Niemcy szykowały kolejny atak na nasze państwo? "W każdym kiosku i sklepie dostępne są darmowe ulotki z poleceniami, jak zachować się w podczas ataku wroga. Robimy, co w naszej mocy, by ochronić obywateli na południu" - podaje generał wojska, a my apelujemy, by zachować spokój i zachować wszelkie możliwe środki ostrożności" - słuchałem spikerki z otwartymi oczami. Ataki Niemiec? Czyżby miała się odbyć powtórka z przed 4 lat?
 W salonie nastąpiło poruszenie. Nasz ośrodek gościł wiele ofiar walk, które odbyły się ledwie 4 lata temu i sięgały aż do Bristolu. Nie odczułem skutków tych ataków, bo przebywałem wtedy u ciotki w Liverpoolu.
 Natychmiast do salonu wkroczyło kilka pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy zabrali wystraszonych pacjentów do ich pokoi. Zabrałem pod rękę młodą dziewczynę, Fionę i pomogłem podnieść się z fotela.
- Wszystko w porządku? - zapytałem łagodnie. Spojrzała na mnie ze smutkiem.
- Wtedy zginęli moi rodzice, czy teraz pora na mnie? - zapytała, a po jej ciemnych policzkach spłynęły łzy. Otarłem je i uśmiechnąłem się.
- Nie, oczywiście, że nie. Obiecuję ci, że wszystko będzie w porządku i będziesz żyła jeszcze bardzo długo. - mrugnąłem do niej, a ona uniosła lekko kącik ust.
- Wierzę ci - szepnęła. Zaprowadziłem mulatkę do jej pokoju i pomogłem położyć się w łóżku. Już miałem się odwrócić, kiedy złapała mnie za dłoń. Spojrzałem, zdezorientowany.
- O co chodzi?
- Rozstrzelali ich jak kaczki - szepnęła. Przebiegł mnie dreszcz.
- Ty tak nie skończysz - również wyszeptałem. - Obiecuję ci to.
 Pokiwała głową i odwróciła się do ściany. Nadal wstrząśnięty, zamknąłem drzwi i wyszedłem na korytarz.
                                           
                                                                      ~ODRIEE~


  Chciałam opuścić stołówkę tak szybko, jak tylko to możliwe. Rozum ostrzegał mnie przed tym chłopakiem, a serce milczało, co raz szybciej biło, wyczuwałam puls pod bladą skórą. Mój strach i obawy powróciły, gdy patrzyłam na obrazek pielęgniarza. Byłam pewna, że chce przez ten malunek coś powiedzieć. Niestety, to nie było nic dobrego. Kilka razy pokręciłam nerwowo głową.  Pielęgniarz zauważył moje zdenerwowanie, dlatego odłożył szybko rysunek na stolik. Co oni chcą ze mną zrobić? Nie chcę znów trafić w ręce jakiegoś mężczyzny. Mój oddech przyspieszył, dłonie zaczęły trząść się, ale to z przyzwyczajenia. Próbowałam uspokoić swoje emocje, powtarzając w duchu, że nic mi nie będzie. Jestem bezpieczna, co wciąż do mnie nie dociera.
- Odriee... - Chłopak przykrył długimi palcami moją zaciśniętą piąstkę. Wzdrygnęłam się, wyrywając dłoń. Miałam ochotę spoliczkować go, ale nie posunęłam się do tego czynu. To imię jest już dawno nieaktualne, istnieje tylko w przeszłości, która nie wróci.
 Muszę pokazać im, że nie potrzebuję tego więzienia, do normalnego życia. Boję się tylko, że jestem zbyt słaba by walczyć. Ostatni rok... wypruł mnie z sił. Gdy patrzę na swoje ramiona i nogi, myślę:
Gdzie są moje mięśnie, które niegdyś potrafiły wytrzymać ciężar kuzyna Dana?
  Wszystko zniknęło. Z jednej strony, cholernie tęsknię za dawnym życiem, ale gdy myślę o tym, jak Bianca musiałaby to wszystko sama przeżywać. Możliwe, że nigdy by się od niego nie uwolniła. Siedziałaby sama, śpiewając piosenkę o konwaliach.
 Przez chwilę zapomniałam o chłopaku z lokami i o wszystkich ludziach, którzy i tak nie zwracali na nas większej uwagi.
 - Chcesz wrócić do swojej sali? - zapytał pielęgniarz z ochrypłym głosem. Jego głos był niższy niż zwykle, a łagodna twarz nabrała powagi. Nie żebym zwracała na niego specjalną uwagę.
Nie chciałam wracać do sali, w której nuda robiła papkę z mojego mózgu. Przez kilka godzin zostaję sama, ale gdy na moim ciele pojawia się gęsia skórka, czuję jak gdyby w pomieszczeniu był ktoś jeszcze. Chciałabym spać w jednej sali razem z Biancą. Nie musiałabym tępo wpatrywać się w ścianę i myśleć o tym, co się dzieje. Mogłabym zamknąć oczy i słuchać opowiadań blondynki, dzięki którym płacz i przerażenie poszłyby w niepamięć.
  Tak głęboko byłam porwana przez myśli, że nawet nie zauważyłam, jak chłopak wszystko posprzątał. Przybory do malowania zniknęły. Oddalił się ku drewnianej szafie, w której dostrzegłam różne kolorowe pudełka. To pewnie gry planszowe, po które sięgają pacjenci, gdy już kompletnie nie wiedzą co ze sobą zrobić.


                     
                                                                          ~LOUIS~

 Cały dzień spędziłem, uwijając się, jak mrówka. Biegałem po całym budynku, starałem się uspokoić pacjentów, a przy tych, którzy nic nie wiedzieli udawałem spokojnego. Bałem się, że z powodu kolejnych ataków wyniknie wojna, a w niej ucierpią moi bliscy. Nie chcę ich znowu tracić.
 Pod koniec dnia zaniosłem jeszcze kolację ostatnim pacjentom na moim oddziale. Większość z nich nic nie wiedziała. Siedzieli sobie najspokojniej w świecie i jedli kolację. Możliwe, że ostatnią w ich życiu. Udawałem, że wszystko jest w porządku, a w rzeczywistości strach zżerał mnie od środka.
 Zapukałem do drzwi pokoju Bianki i wjechałem z metalowym wózkiem. Usiadłem na łóżku i nałożyłem jej jajecznicę ze szczypiorkiem i pomidorami na talerz. Jadła, obserwując mnie uważnie. Za każdym razem, kiedy tak na mnie patrzy, zastanawiam się, czemu to robi. W jej oczach dostrzegam tak wiele emocji, których nie umiem sobie wyjaśnić. Prawdopodobnie są to emocje, które zrozumieć może tylko osoba, która doświadczyła tego, co ona. Możliwe, że obawia się, że nagle się na nią rzucę. Często przypominam jej, że jest tu bezpieczna, ale ona nadal nie chce mi uwierzyć. Może dwa lata spędzone w zamknięciu odebrały jej całą wiarę w ludzi? Kiedy kończy zabieram talerz, ale nie pozwala mi wstać.
- Wszystko w porządku? - pyta. Marszczę brwi i zastanawiam się, co ma na myśli.
- Nie - mówię, choć przecież obiecałem sobie, że nie będę siał paniki. Nie jestem w stanie jej okłamywać, możliwe, że to wpływ jej przenikliwego spojrzenia.
- Dlaczego? - ponownie zadaje mi pytanie, na które nie chcę odpowiadać.
- Niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć. - odpowiadam. Czasami zastanawiam się, czy ją lubię. Gdybym tylko mógł, ściął bym te jej długie blond włosy.
- Niektórych rzeczy lepiej nie zachowywać tylko dla siebie - wzdycha i kładzie się na łóżku. Patrzę chwilę, jak podnosi ręce i próbuje zrobić kształty na ścianie w świetle lampki stojącej przy stoliku.
- Dobranoc. - mówię i wychodzę, zostawiając ją z jej cieniami. 

                                                                 

______________________________________________________________________________


Halo, halo
Oto i kolejny rozdział :D
Tyle pytań bez odpowiedzi :O
Komentujcie, domyślajcie się, czekamy na ciekawe komentarze ;)
Jak widzicie zmieniłyśmy wygląd bloga, bo miałyśmy kilka uwag to poprzedniego szablonu. Tamten również był śliczny, ale było kilka elementów, które wyglądały... mało estetycznie (?) W każdym razie, jesteśmy zadowolone z nowego wyglądu ABNORMAL. A Wy co sądzicie o szablonie? Podoba się? 
~ Obli Viate
~ Carrie SS.



sobota, 14 listopada 2015

Rozdział 7 You can hurt me

Muzyka: C-CLOWN - Far Away Young Love

 Bezradne me oczy krwawią ze strachu, który czuję w środku 
Przypieczętowaliście swój zgon, kiedy odebraliście co było moje,
Nie próbuj mnie powstrzymać przed pomszczeniem tego świata,
Żaden głos nie zostanie usłyszany.
                                       

                                                                 ~ HARRY ~ 



   Stąpałem z nogi na nogę, krocząc krok w krok za niską brunetką. Przy moich stu osiemdziesięciu centymetrach wyglądała jak bezbronna myszka. Od czasu do czasu próbowałem jakoś rozpocząć rozmowę, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że ona i tak nic z siebie nie wydusi. Spacerowaliśmy korytarzami szpitala w ciszy, która nie była wcale taka zła. Właściwie, byłem odprężony i w końcu mogłem trochę podumać w marzeniach, które są dosyć skomplikowane. Dlaczego uważam, że są trudne? Hm, do spełnienia ich potrzebuję drugiej osoby. Takiej osoby, która zostanie ze mną już na całe życie. Schowałem dłonie w kieszeniach białych spodni, których tak szczerze nie cierpię. Cały czas się brudzą. Spojrzałem przed siebie. Na końcu długiego korytarza stała Pagie i jakaś inna pielęgniarka. Zawzięcie o czymś rozmawiały, wydawało się, że nowa praktykantka nie potrafi nabrać tchu. Gdy zbliżaliśmy się do dwóch pogrążonych w dialogu kobiet, zauważyłem, że Pagie ma zaczerwienione oczy. Zorientowałem się, że płakała. W tej pracy to się zdarza. Nie jeden pacjent potrafi obsmarować pracownika. Jednak w tym przypadku, chyba nie o to chodziło.
- On mnie zostawił samą, rozumiesz? Ja... ja myślałam, że to ten jedyny. Byłam głupia, myśląc, że on może mnie kochać... - chlipała dziewczyna, a koleżanka masowała jej ramię. Uniosłem lekko brew, widząc w jakim stanie jest Williams. Chrząknąłem i przystanąłem obok dziewczyn.
- Oh, Harry. - Blondynka pociągnęła nosem i zaraz zaczęła starannie wycierać palcami skórę pod oczami. Idealnie otarła lekko wilgotne miejsca, nie rozmazując przy tym swojego lekkiego makijażu.
- Um, coś się stało, Pagie? Dlaczego płakałaś? - pytam. Dziewczyna odkaszluje i nabiera powietrza, wyglądając przy tym na bardzo zdenerwowaną.
- Nic się nie stało, Harry. To... dosyć trudne. Z resztą... nie będę cię zanudzać moimi życiowymi problemami. - Pokręciła głową i spojrzała na osobę, stojącą dwa kroki ode mnie. Widząc Odriee, uśmiechnęła się blado, tak jakby bała się jej.
 - Cześć, Odriee - powiedziała wysokim głosikiem, tak jak kobiety, gdy mówią do małych dzieci. Brunetka jednak wolała milczeć i wpatrywać się w ścianę.
Pagie wzruszyła ramionami z lekkim zażenowaniem.
- Nie przejmuj się. Odriee nigdy się nie odzywa. - wytłumaczyłem, nie chcąc by Pagie było przykro.
Przeczuwałem, że brunetka przewróci oczami, co chwilę później zrobiła.
- Pai... musimy wracać do pracy. Nie chcę mieć kłopotów u pani Hetfield - zabrała głos Monic, jedna z sanitariuszek. Pagie rzuciła ciche ''jasne'' i złapała za rączkę od mopa, który leżał na podłodze.
- To ja już pójdę - mruknęła, ale wciąż nie ruszała się z miejsca. Staliśmy naprzeciw siebie i czekaliśmy, aż jedno z nas odejdzie.
- Może masz ochotę gdzieś pójść po pracy... ze mną - zaproponowałem z nutą niepewności. Nie znam jej zbyt dobrze, a raczej w ogóle. Polubiłem ją, to tyle. Twarz Pagie rozpromieniła się w ciągu sekundy.
- Tak! - prawie krzyknęła, co ją zawstydziło. - Tak - poprawiła ciszej i spokojniej.
- To świetnie - odparłem i zaraz usłyszałem czyjeś kroki. Brunetka, która chwilę temu stała obok, kroczyła korytarzem przed siebie. Przeprosiłem Pagie i pobiegłem za Odriee.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytałem. - Gdzie tak uciekasz, Odriee? - pacjentka zatrzymała się gwałtownie przez co wpadłem na nią. Zmierzyła mnie pełnym wrogości wzrokiem, jakbym był czemuś winien. Doszedłem do wniosku, że lepiej o nic więcej nie pytać. Nie wiem, co ją tak drażni, ale nie mogę oskarżać tej dziewczyny za to, że jest chora.



                                                          ~ BIANCA ~


 Wchodzi do mojej sali, jak zwykle wcześniej pukając. Nie wiem, po co to robi, ale to miłe. Lubię, gdy stara się zachowywać tak, jakbyśmy wcale nie znajdowali się w psychiatryku.
 ON nigdy nie pukał. Nigdy nas nie uprzedzał, że wchodzi.
 Pytam, która godzina, a on patrzy na zegarek i informuje mnie, że właśnie wybiła dwunasta. Kiwam głową, nie mówiąc już nic więcej.
 Chłopak tymczasem przekłada na wózku różne przedmioty medyczne i zgaduję, że zaraz będzie mi zmieniał opatrunek. Podciąga rękaw mojej szarej, zwykłej koszulki i ostrożnie odwija bandaż. Dotyka opuszkami palców świeżego strupa na ranie od cięcia nożem.
- Nie wygląda to dobrze - wzdycha cicho. Sięgam ręką na wózek i zabieram spore opakowanie śmierdzącej maści. Otwieram je i starając się nie wdychać jej zapachu podaję pielęgniarzowi. Delikatnie rozsmarowuje specyfik, przerywając za każdym razem, kiedy wzdycham i patrząc na mnie pytająco.
- W porządku - mówię tylko i zamykam oczy. Rana szczypie. Nienawidzę tego, który mi to zrobił. Zabiłabym go z chęcią, gdyby nie to, że Ali już mnie uprzedziła.
 Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do jej nowego imienia. Odriee. Brzmi, jak z jakiegoś cudownego świata, raju, do którego żadna z nas nigdy nie będzie mieć wstępu, z powodu tego, co nam się przytrafiło.                                              

         

                                                            ~ HARRY ~ 


Oprowadziłem brunetkę po całym oddziale. Pokazałem jej wiele pomieszczeń, do których nie chciała wchodzić. Doszliśmy do końca korytarza, gdzie po lewej stronie były drzwi, prowadzące do salki 'zbiorowej terapii'. To sala, gdzie prawie codziennie spotykają się pacjenci naszego szpitala, wraz z panią Bennett, która stara się polepszyć samopoczucie i zachowanie naszych podopiecznych.
- A tu - wskazałem na białe drzwi, oklejone zielonym plakatem, na którym widniał napis:
 "Uśmiechajmy się do siebie i szukajmy tego, co nas łączy" - znajduje się sala, gdzie pani terapeutka przeprowadza różne, ciekawe zajęcia z pacjentami. - krótko wyjaśniłem, za to Odriee przewróciła oczami, jakby chciała powiedzieć 'A co mnie to obchodzi?'. Przez chwilę przyglądałem się jej. Miała cienie pod oczami, a jej wargi lekko spuchły i zróżowiały. Mimo tego, wyglądała dosyć dobrze. Jak na dziewczynę przetrzymywaną w piwnicy przez rok - dodało moje sumienie. 
- Jeżeli nie masz ochoty już zwiedzać, możemy pójść na stołówkę. - zaproponowałem i w głębi nie liczyłem na to, że się zgodzi. Byłem pewien, że będzie chciała wrócić.

 W drodze na stołówkę nie wydarzyło się nic ciekawego. Jak zawsze towarzyszyła nam cisza, do której zaczynałem mieć wątpliwości. Chciałbym pomóc tej dziewczynie, ale jak mam to zrobić, gdy ona wiecznie milczy? Nie mamy ze sobą żadnego kontaktu. Odriee raz traktuje mnie jak ducha, a później dopada ją niespodziewany gniew i ma ogień w swych ciemnych oczach. Powinienem zrozumieć w jakiej jest sytuacji, ale - sam nie wiem dlaczego - chcę usłyszeć jej głos.

Miejsce, gdzie każdy pacjent może zjeść obiad w gronie innych ludzi, to właśnie stołówka. Jest to jedno z przytulniejszych pomieszczeń w instytucji. Ściany są pomalowane na kremowy kolor i ozdabiają je rysunki i inne dzieła pacjentów. Każdy może tu coś stworzyć na papierze i umieścić na jednej z ścian. Dzięki kolorowym pracom, sala wygląda jak przedszkole.
 Pod ścianami stoją miękkie kanapy, a obok nich są dwa regały z książkami. Czasami, kiedy mam przerwę sam sięgam po jakąś książkę. Najczęściej jest to: ''Wraz z miłością, przeminęło...''  Przeczytałem tę historię miłosną, prawie całą. Louis czasem nawet się ze mnie nabija, że powinienem zostać doktorem od spraw miłosnych, albo rehabilitantem złamanych serc.
 Razem z nastolatką przekroczyliśmy próg dużych drzwi, przy których stało dwóch umięśnionych strażników z beznamiętnymi wyrazami twarzy. Jednym z nich był niejaki Greg, z którym wcześniej miałem 'przyjemność' uciąć krótką pogawędkę na temat jego poglądów o naszych podopiecznych. Bez słowa minęliśmy strażników, którzy jedynie zmierzyli nas krótkim, nieznaczącym spojrzeniem.
 - To nasza stołówka - oznajmiłem, pocierając zimne dłonie. Wskazałem palcem na małą grupkę pacjentów, którzy postanowili jakoś ciekawie spędzić wolny czas i malowali obrazki.
 - Widzisz tych ludzi? - zapytałem Odriee, a ta kiwnęła leniwie głową - Jeśli chciałabyś pomalować tak, jak oni, to nie bój się. Jestem tu, żeby spędzić z tobą miło czas - powiedziałem łagodnie, by dodać brunetce trochę otuchy. Spojrzałem na dwóch starszych panów, którzy grali w szachy i śmiali się z czegoś. Jak ja bym chciał, żeby każdy pacjent dobrze się tu czuł. Może wtedy zniknęłaby ta napięta atmosfera miedzy pracownikami a podopiecznymi.
 - To jak? Malujemy?


                                                ~ Bianca ~ 


 Kiedy chłopak skończył rozsmarowywać maść podałam mu czysty bandaż.
- Dziękuję - mruknął i zabrał się za owijanie materiału. Widziałam, że stara się, by mnie nie bolało, jednak nie potrafiłam powstrzymać grymasu.
- Bardzo cię boli? - zapytał, marszcząc brwi.
- Bardzo - westchnęłam. Nie mam zamiaru udawać. Chcę tu siedzieć, ale nie muszę robić z siebie męczennicy. Jeżeli mogą mi pomóc, to niech mi pomogą, a potem zostawią w spokoju.
- Przyprowadzę lekarza, co ty na to? - zapytał, wstając. - Wydaje mi się, że on lepiej się na tym zna.
- A może pójdę z tobą? - zaproponowałam. Chciałam się przejść gdzieś dalej, niż od łóżka do okna i z powrotem. Zastanowił się na chwilę.
- Myślę, że to dobry pomysł.
 Zabezpieczył bandaż, by się nie odwijał i kazał mi trzymać rękę blisko ciała, na wszelki wypadek.
 Kiedy dotarliśmy do gabinetu doktora, ktoś tam już był. Musieliśmy usiąść na plastikowych krzesełkach i czekać. Zabrałam z małego stolika gazetę i otworzyłam na losowej stronie. Od dwóch lat zupełnie nic nie czytałam, więc postanowiłam to nadrobić. Zanim poprzednia osoba wyszła od lekarza zdążyłam przeczytać połowę czasopisma.
- Mogę sobie je wziąć? - zapytałam. Chłopak spojrzał na mnie, wyrwany z zamyślenia.
- Yy, tak - mruknął, po czym wstał i ręką wskazał, bym weszła do gabinetu. Zamknął za mną drzwi i stanął obok mnie.
 Gabinet lekarski był przytulny, pomalowany jasnoniebieską farbą. Na przeciwko drzwi stało drewniane biurko, za którym siedział mniej więcej czterdziestoletni mężczyzna w białym fartuchu. Po lewej znajdowało się łóżko, jakie można znaleźć w szpitalach, a po prawej sprzęt medyczny, którego nie umiem nazwać.
 Lekarz podniósł wzrok znad laptopa i uśmiechnął się przyjaźnie. Miał trochę przerzedzone, brązowe włosy, niebieskie, miłe oczy i zmarszczki wokół nich, które sugerowały, że często się uśmiechał. Wstał zza biurka i podszedł do mnie. Podał mi rękę, a drugą wskazał krzesło naprzeciwko biurka.
- Witam panią, proszę spocząć - obejrzałam się na mojego opiekuna, który kiwnął głową i zajął miejsce obok mnie, na drugim krześle.
- Co panią do mnie sprowadza? - zapytał lekarz, zajmując swoje poprzednie miejsce.
- Moja ręka - mruknęłam, wskazując ranę. Mężczyzna zmarszczył brwi i przyjrzał się mojemu ramieniu.
- Tak, tak pamiętam. Od ciosu noża. Czyżby maść nie pomagała? - to pytanie skierował do pielęgniarza. Chłopak pokręcił głową i westchnął.
- Robiłem wszystko dokładnie tak, jak pan kazał, ale niestety nic to nie dało.



_____________________________________________________________________________

Witamy Was kochane!
Na samym początku chcemy ogłosić, że nazwiska chłopaków (Harry'ego i Louisa)
 zostały zmienione! ---> zajrzyjcie do zakładki ''Postacie''
 Uznałyśmy, że mała zmiana nie zaszkodzi i mamy nadzieję, że Wam to też będzie odpowiadać :) Dziękujemy za wszelkie komentarze! 
Do następnego!!!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.


czwartek, 5 listopada 2015

Rozdział 6 Can you hear me?

Muzyka: Skylar Grey -  I Know You 

Nie utrudniaj tego,
Nie pozwalaj przeszłości dyktować.
Tak,
Byłam cierpliwa, ale powoli
tracę wiarę.
Cienie twojego serca
Wiszą w słodkim, słodkim powietrzu.
Znam cię kochanie.
Tajemnice, które skrywasz,
Kontrolują nas i to po prostu nie fair.
Znam cię kochanie.
                   
                                                                    ~ LOUIS ~

- Tomman! - usłyszałem krzyk szefowej z końca korytarza. Jej ton jak zwykle brzmiał tak, jakbym coś zrobił nie tak.
- O co chodzi? - zapytałem, stając w drzwiach jej gabinetu. Siedziała za dużym, dębowym biurkiem, a przed nią, na dwóch niebieskich fotelach siedziało małżeństwo.
- Tomman, to państwo Luca. - pokiwałem głową. Dobrze znam to nazwisko. - Jak już się pewnie domyślasz, są rodzicami Bianki. Chcieliby się z nią zobaczyć. - skinęła na mnie głową.
- Oczywiście. Myślę, że Bianka jest w takim stanie, że dobrze by jej zrobiło spotkanie się z rodziną. - państwo Luca wstali, przedstawili się i podali mi ręce. Zaprowadziłem ich korytarzem do sali, w której odbywały się takie spotkania i zastrzegłem, żeby byli ostrożni.
 Oboje byli wstrząśnięci, pani Luca ocierała chusteczką oczy, ale też zachowywali się uprzejmie w stosunku do mnie, co było miłą odmianą.




                                                                    ~ ODRIEE ~



 Cały ponury dzień przesiedziałam w jednym kącie. Czułam, że mój tyłek stwardniał tak, jak reszta mojego ciała. Nie przejmowałam się tym. Przyzwyczaiłam się do bólu, ale nigdy nie będą potrafiła wziąć do siebie tego, że jestem teraz całkiem inną osobą. Gdy dotykam swoich dłoni, nie czuję delikatnej, gładkiej skóry, ale szorstki materiał. To tak, jakbym była ubrana w brudny kombinezon, którego nie potrafię zdjąć. To okropne. Ten świat i ludzie w nim mieszkający są okropni. Zmieniam się wraz z upływem czasu. Staję się gorszą, mało wartą wersją Odriee, która niegdyś kochała życie. Dorastała w dobrej, kochającej się rodzinie, nie miała wielu przyjaciół, prowadziła codzienne, proste życie i spoglądała na każdą chwilę z optymizmem.

 Ukłucie w sercu, które poczułam, pewnie znaczyło tęsknotę. Potrząsnęłam głową tak, by moje myśli wyleciały. Pragnęłam zapomnieć. Niewielka prośba, a jednak trudna do spełnienia.


                                                                        

 W samo południe chłopak z brązowymi lokami, wrócił z wózkiem, na którym czekał na mnie obiad. Oczywiście nie zjadłam ani trochę. Ignorując prośby - jeżeli się nie mylę - tego pielęgniarza, stawiałam opór. Nie byłam zadowolona z tego, że to on będzie moim opiekunem, którego wcale nie potrzebuję. Ktoś sprawił, że znienawidziłam męskiego dotyku. Za każdym razem boję się, że jakiś mężczyzna znów zrobi mi krzywdę. Teraz również boję się wzroku. Nie chcę, żeby na mnie patrzyli, ani żeby o mnie myśleli. To straszne.
 Wszyscy jesteśmy tacy sami, a jednocześnie tacy inni.

 Usłyszałam pukanie, ale ani drgnęłam. Było dopiero popołudnie, a z kolacją jeszcze za wcześnie, dlatego przez chwilę byłam poirytowana, wiedząc, że znów ten chłopak coś będzie ode mnie chciał. Nie myliłam się. Po chwili w małym pomieszczeniu było nas dwoje. On - mężczyzna o szmaragdowych oczach i malinowych ustach i ja - nastolatka, którą wszyscy wzięli za obłąkaną. Czując jego ładny zapach, przewróciłam oczami, czego najprawdopodobniej nie zauważył. Obiecałam sobie, że nie będę patrzeć na niego, ani na żadną obcą mi osobę. Obiecałam. Moje gałki oczne postanowiły robić mi na złość, ponieważ lekko zerkały na osobę siedzącą na krześle. Mogłabym przysiąc, że chłopak się uśmiechał, ale nie jak jakiś cwaniak, który chciałby mnie wyśmiać. Był to lekki, ciepły uśmiech, który sprawiał, że moje mięśnie rozluźniały się.

- Masz ochotę na spacer? - zapytał, a na moim czole pojawiło się kilka zmarszczek. Spacer? Niby gdzie mogłabym spacerować w tym znienawidzonym przeze mnie budynku?
 - Wiesz, nie chcę żebyś zanudziła się tu na śmierć. Jeśli przyjmiesz moją propozycję, będę naprawdę szczęśliwy - odparł nie spuszczając ze mnie wzroku. Czułam, jak moja skóra płonie, ale jak to mogło być możliwe, gdy w pokoju było tak zimno? Oboje milczeliśmy. Ja obmyślałam wszystkie za i przeciw, a on cierpliwie czekał na odpowiedź, na którą mógł czekać wieki. 
Miałam wiele przeszkód by pójść z nim na 'spacer', który byłby dla mnie, jak wyprowadzanie chorego na wściekliznę psa. Tak właśnie bym się czuła. Jednak gdy coś szepnęło mi do ucha, że mogłabym spotkać się z Bianką, od razu zresetowałam wszystkie przeciw. To był jedyny powód, dla którego zgodziłam się.


                                                                  LOUIS ~ 

 - Bianca? - zacząłem, wchodząc do pokoju. Leżała na łóżku i robiła łódkę z papieru. Kiedy usłyszała mój głos podniosła się i spojrzała na mnie bystro. 

- Wydaje mi się, że powinnaś się z kimś zobaczyć. - Jej oczy pojaśniały. 
- Ali? - zapytała z nadzieją w głosie. Podrapałem się po głowie. Dotarło do mnie, że ta drobna brunetka w ciągu trudnego roku stała się dla niej osobą ważniejszą nawet od rodziny.
- Nie, to nie Odriee, ale jeśli chcesz możesz spotkać się z nią jutro, lub w jakiś inny dzień.
- Więc kto to? - wstała, kiedy podszedłem do niej.
- Twoi rodzice - mała łódka spadła na ziemię niemal bez szmeru. Dotknęła swoich policzków. Patrzyła gdzieś ponad moim ramieniem. Poczułem ogromną ochotę, by położyć swoją dłoń na jej drobnej ręce, ale w ostatnim momencie zmieniłem ten ruch na dotknięcie jej ramienia. Cofnęła się gwałtownie.
- Nie - potrząsnęła głową. Skuliła się i położyła obie dłonie na podłodze. Kucnąłem obok niej.
- Przepraszam cię. Nie zrobię ci nic złego, już ci mówiłem. Jesteś bezpieczna, a teraz powinnaś zobaczyć się z rodzicami.
Przez kilka chwil kiwała się w przód i w tył, patrząc na swoje dłonie.
- Tak. Ja... Tak, masz rację - wstała i podeszła do drzwi. - Chodź, musisz mnie zaprowadzić.


                                                                   
                                                              ~ ODRIEE ~


 Chodziliśmy po całym oddziale w ciszy. Gdy chłopak chciał coś powiedzieć, zaraz zamykał usta. 
Patrzyłam na wszystko. Na bladożółte ściany, na jasną podłogę i na ludzi. Szczerze mówiąc obawiałam się, że znalazłam się w jakimś przerażającym miejscu, gdzie chorzy biegają po korytarzach, drapią paznokciami ściany, a pracownicy potajemnie przeprowadzają testy w piwnicach na pacjentach. Nie sądziłam, że może tu być tak spokojnie. 
Kilka kroków ode mnie, otworzyły się białe drzwi, a w nich pojawiła się zgarbiona osoba, prowadzona przez pracownicę. 
- Chcę stąd wyjść. Muszę stąd uciec, muszę stąd uciec. - powtarzała starsza kobieta. Jej ręce trzęsły się, a wzrok błądził na wszystkie strony. Przystanęłam niedaleko chorej pani. Bez jakichkolwiek ograniczeń przypatrywałam się jej. Miała ciemnorude, poszarpane włosy, nadgarstki miała oszpecone cienkimi liniami, których nie potrafiłabym policzyć.
- Chodźmy dalej - poprosił pielęgniarz. Chciałam iść, ale moje nogi były przybite do podłogi. Czy ja też tak skończę? Czy rzeczywiście całkiem postradam zmysły i będę wyglądać jak zombie? Trochę przerażona widokiem chorej kobiety, zamrugałam kilka razy powiekami. Gdy już chciałam iść dalej, poczułam że ktoś mocno mną szarpie.
- Uciekaj! Uciekaj, póki możesz! - rudowłosa trzęsła moimi ramionami. Z grymasem na twarzy spojrzałam w jej oczy. Tęczówki miała zalane czarną barwą, a zęby zaciskała w groźny sposób. Była tak blisko, że mogłam słyszeć, jak cicho powtarzała jakąś modlitwę. Zachowałam stoicki spokój, mimo tego, że jej wzrok wysysał ze mnie wszelką siłę.
- Pani Amelio, proszę się uspokoić. - Pielęgniarka powoli odciągnęła ode mnie kobietę. Nadal czułam dotyk tej kobiety. Pomasowałam ramię i z ukosa spojrzałam jak kobieta odchodzi z pracownicą.
- Leki zaraz zaczną działać i wszystko będzie dobrze - szeptała sanitariuszka, oplatając ręką ramię chorej. 
Przez chwilę stałam jak wryta. Nie wiedziałam, co sądzić o zaistniałej chwilę temu sytuacji. 
- Nie bój się. Jesteś tu bezpieczna - usłyszałam za sobą ochrypły głos, który miał mnie pocieszyć. Niestety nadal czułam dreszcz, który raził mnie jak prąd. 

                                                                       


                                                                  LOUIS ~ 


 Wpuściłem Biankę przodem, a potem zamknąłem drzwi. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, jak jej rodzice podchodzą do niej i patrzą, jakby była zjawą. 

- Och, kochanie. - zaczęła pani Luca. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że to ty. Tak bardzo mi przykro. - Zupełnie się rozkleiła, a jej mąż objął ją ramieniem. 
- Bianca - mężczyzna był w lepszym stanie. - Radzisz sobie, dziecko? - Nie wyglądał, jak ktoś, kto po dwóch latach wreszcie spotyka swoją córkę, która przez ten czas była bita i gwałcona. Na jego miejscu przytuliłbym ją najmocniej, jakbym umiał, obiecując, że już nigdy nic złego jej nie spotka. 
 Czułem, że nie powinienem tu być, ale nie mogłem wyjść. Stałem więc obok drzwi i patrzyłem na pofalowane włosy Bianki i zastanawiałem się, czy każda rodzina jest taka nieczuła w stosunku do siebie. Rodzice, jakby widzieli tylko siebie i poza tym nic. Czy naprawdę, nie widzą, jak ich córka cierpi? 
 Miałem ochotę na siłę ich do siebie przycisnąć. Mam nadzieję, że jeżeli się kiedyś ożenię i będę miał dzieci to nie będziemy tacy, jak oni. 
- Witajcie - powiedziała w końcu dziewczyna. - Nie martw się matko, będzie dobrze. - Dlaczego to ona pociesza tę kobietę, która pozwala sobie nazywać się jej matką? Zwróciła głowę w stronę mężczyzny, obejmującego panią Luca. - Tak, ojcze. Radzę sobie. Nic się nie stało. Po prostu spędzę tu trochę czasu. 
- Och nie. Nie wolno, kochanie. - Jej matka wyprostowała się i otarła łzę. - Musisz wracać do domu. Masz 19 lat. Musisz dokończyć szkołę, wszystko już załatwione, nie przejmuj się. Nie możesz tu zostać, ludzie i tak już dość gadają. - Jej mąż potakiwał głową. Tego było już za wiele. Podszedłem do załamanej Bianki, która omal nie przewróciła się, słysząc to i najdelikatniej, jak mogłem objąłem ją ramieniem. 
- Przykro mi, ale czas się skończył. Muszą państwo wrócić, żeby omówić parę spraw z szefową. Do widzenia. - Pierwsze wrażenie, jakie sobą przedstawiali było fałszywe. Tak naprawdę to dwójka bezuczuciowych robotów. Odprowadziłem blondynkę do jej pokoju i pomogłem położyć się na łóżku. Usiadłem na krześle i pochyliłem głowę. 
- Dlaczego się nie zmienili? - zapytała. - Dlaczego mnie nie rozumieją? - z jej oczu wypłynęły łzy i zniknęły we włosach. 
- Niektórzy ludzie nigdy się nie zmieniają, bez względu na okoliczności - mruknąłem. 
- Chciałabym, żebyś teraz już sobie poszedł - poprosiła. Skinąłem głową i wstałem. Już miałem zamknąć za sobą drzwi, kiedy dodała: - Ale wróć rano. 
- Wrócę - obiecałem i odszedłem, próbując uspokoić oddech.



________________________________________________________________________________



No witamy :D

Czy to 6 rozdział? Tak! Dokładnie tak :D
Minął tydzień, więc jest i kolejny rozdział. Od razu uprzedzam, rozdziały nie będą pojawiać się dokładnie co tydzień, bo wiadomo, szkoła i te sprawy, ale postaramy się, żeby co najwyżej 10-cio dniowe przerwy były ;)
Pozdrawiamy cieplutko wszystkie czytelniczki, te które komentują i te które tylko czytają również ;D
Czekamy na ciekawe komentarze, do następnego.
Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.

czwartek, 29 października 2015

Rozdział 5 Do you help me?

Muzyka -  Beyonce "Halo"

 Wysoko w niebie możesz latać
Uda ci się, jeśli spróbujesz
W niebie jesteś daleko stąd 
W niebie możesz śpiewać
I możesz robić wszystko
Nieważne co mówią, to prawda
Idę do błękitu

Nie chcę nigdy umrzeć
Chcę żyć w niebie 



                                                                    ~ HARRY ~


 Razem z Louisem wybrałem się na mecz piłki nożnej. Byłem okropnie zmęczony i nie lubię tego sportu, ale przyjaciel bardzo mnie prosił. Nie dawał mi spokoju w pracy. Na lunchu przekonywał mnie, że nie będę żałował. Louis miał iść ze swoim starszym kuzynem, ale ten się mocno rozchorował i zostawił Tomlinsona na pastwę losu. Dla mojego przyjaciela nie ma nic gorszego, od kibicowania w samotności na najważniejszym meczu Anglii. Może dlatego, że nie ma wtedy na kogo wrzeszczeć? Lubi wyładować złe emocje na kimś, a zazwyczaj tym kimś jestem ja.
 Kiedyś poszedłem z nim na mecz i nie skończyło się to dobrze. Nasza reprezentacja przegrała bodajże 0:5. Chłopak wściekł się, a gdy wychodziliśmy z stadionu to kopnął w metalowy kosz i złamał sobie palec u nogi. Właściwie, było to nawet zabawne. 

- Jeżeli znów będziesz kopał w kosze, to możesz być pewny, że to ostatni raz, gdy idę z tobą na jakikolwiek mecz - poinformowałem go, a on prychnął. Czyżby tamto wydarzenie ulotniło się z jego głowy? - Mówię poważnie, stary.
- Spokojna głowa! - śmieje się, a ja mierzę go poważnym wzrokiem.
 Louis jest nieprzewidywalny, dlatego nigdy nie jestem pewien, czy nie będzie chciał czegoś rozwalić lub wylać komuś piwa na głowę.
 - No dobrze, mamo. Obiecuję być grzecznym chłopcem - zamyka oczy i kładzie prawą dłoń gdzieś przy sercu, a drugą unosi. Kiwam głową zrezygnowany i idę w stronę stadionu. 


                                                                     ஐ ஐ ஐ 


 Siedzę na plastikowym krzesełku bez wygodnego oparcia i zastanawiam się, co ja robię na tym stadionie. Kilkadziesiąt tysięcy osób ryczy, śpiewa jakieś piosenki, które mają dopingować zawodników. Oczywiście, Louis w ogóle się od nich nie różni. Chłopak siada, wstaje, krzyczy, komentuje cały mecz, wyrażając swoje zdanie.
- To nie są piłkarze! Co to ma być?! - zwraca się do mnie i pokazuje na ogromne, zielone boisko.
- To są panienki! - wydziera się, ale nikt nie zwraca uwagi na chłopaka. To chyba nawet lepiej. Nie chcę mieć problemów przez Tomlinsona i jego dzikie krzyki.
-  No patrz, Harry! Spójrz tylko! Taka okazja na bramkę, a ten debil się wywraca! - chłopak rwie za końcówki włosów i pociera brodę. Sam nawet nie wiem, który to, ale mój przyjaciel ma rację. Ten mecz to żenada, mówiąc delikatnie.
- Lou, pamiętaj. To przecież wina trenera. - powtarzam jego słowa i śmieję się z jego kamiennej twarzy.



                                                                   ~ BIANCA ~

 Nie znam imienia mojego pielęgniarza, ale polubiłam go. Dziś rano przyniósł mi na śniadanie kanapki z marmoladą brzoskwiniową. Kocham marmoladę brzoskwiniową. Zjadłam cztery kanapki, słuchając, jak chłopak opowiada o wczorajszym meczu. W ciągu pięciu minut zdążył porządnie obsmarować londyński klub. Nie miałam ochoty na rozmowę, więc tylko patrzyłam na jego dłonie. Są zupełnie inne, niż jedyne męskie dłonie, które miałam okazję czuć przez ostatnie dwa lata.
 Powiedział, że dziś już nie przyjdzie, bo ma zajęcia na uczelni. Wspominał, że chce być lekarzem. Myślę, że będzie wyglądał fajnie w białym fartuchu. Opieram się plecami o ciepły kaloryfer. Lubię ciepło.
 Zamknęłam oczy i odpłynęłam.

                                                                   

                                                                   ஐ ஐ ஐ



 Mój sen przerwał brunet. Uśmiechnął się i nałożył mi na talerz jajecznicę z boczkiem i szczypiorkiem. Do tego dwie kromki, posmarowane masłem.
- Nie miałeś mieć dziś zajęć? - zdziwiłąm się.
- Miałem, ale odwołali, więc wpadłem przynieść ci kolację - wyjaśnił i usiadł na łóżku. Podniosłam się z podłogi i usiadłam obok niego.
- Lubisz jajecznicę? - zagadnął.
- Lubię - wzruszyłam ramionami. Czasami jadłyśmy jajecznicę u Niego, ale nie kojarzy mi się źle. Jedyne czego nienawidzę to placki ziemniaczane. Zawsze zimne, suche, z ziemniaków startych na grubych oczkach.
 Tym razem to on dotknął mojej dłoni. Była niepokojąco zimna. Zmarszczyłam brwi.
- Wszystko w porządku? - zapytałam, choć właściwie to on powinien o to pytać.
- Tak - mruknął i spojrzał mi w oczy.
- Jak masz na imię? - zapytałam, bo poczułam się niezręcznie. Czy tak zachowuje się lekarz?
- Nie wiem - zamyślił się. Teraz naprawdę się zdziwiłam. Coś jest nie tak.
- Ale to nie ważne - powiedział, po czym zbliżył się na niebezpieczną odległość. Przymknął oczy. O boże, zaraz mnie pocałuje. Chciałam zerwać się z miejsca i przytulić się znów do kaloryfera, ale przytrzymał mnie za rękę. Znowu. Znowu ktoś chce mnie wykorzystać. Zamknęłam oczy i krzyknęłam najgłośniej, jak mogłam.
 Otworzyłam oczy. Chłopak puścił moją dłoń i patrzył na mnie z troską. Łóżko było nienaturalnie twarde. Pielęgniarz zamiast ładnych, brązowych włosów miał długie, blond. Nie miał na sobie typowej, białej koszuli i białych spodni. Zamiast tego sukienkę do kolan, w blodoróżowym kolorze i małą kokardę z boku głowy. Najbardziej jednak twarz się zmieniła. Wyglądał bardziej kobieco. Potarłam oczy i dotarło do mnie, że to nie on. Pochylała się nade mną drobna kobieta, około dwudziestu lat. Sprawiała wrażenie nieco przestraszonej.
- Dlaczego śpisz na ziemi? Lepiej połóż się w łóżku, jest wygodniejsze - zaproponowała. Rzeczywiście. Siedziałam pod ścianą, oparta o ciepły kaloryfer.
- Ja... - zaczęłam, a pielęgniarka ciekawsko przekrzywiła głowę. Jakby słuchała, co dziecko do niej mówi. - Nieważne. - już jej nie lubię. Nie jestem dzieckiem.
- Dlaczego twoja koleżanka się nie odzywa? - zapytała powoli i wyraźnie akcentując każde słowo. Wydaje mi się, że jest nowa w tej pracy. Chyba nie rozumie, że pacjenci to nie banda przedszkolaków, tylko dorośli ludzie z problemami. 
- Skąd mam wiedzieć? - warknęłam. - Może nie chce marnować języka na takich ignorantów, jak ty.
- Och - mruknęła. Zdecydowanie jest nowa, skoro nie przyzwyczaiła się do wariatów, którzy jej nienawidzą.
- Idź sobie. - wskazałam jej palcem drzwi, jednocześnie nakładając sobie grysik na talerz. Cóż, bardzo dojrzała kolacja.



                                                                 ~ HARRY ~

  Nadszedł kolejny dzień pracy. Chcąc, nie chcąc musiałem zaczynać o 8:00 rano, co było dla mnie kolejnym wyzwaniem w tym tygodniu. Szedłem szarym korytarzem, kiwając głową każdemu pracownikowi. Bez słów i szczególnych gestów, ominąłem Grega, który zgrywał obrażonego. Przewróciłem oczami widząc, że dorosły facet, zachowuje się, jak nabuzowana hormonami nastolatka.
 W salce dla personelu spotkałem Grettę, która powitała mnie ciepłym uśmiechem i całusem w policzek. Margretta to jedna z pielęgniarek, ale również kierowniczka naszego oddziału. Kobieta jest blisko pięćdziesiątki, ma brązowe, kręcone włosy, które zawsze spina w kok i wspaniały uśmiech. To z nią, jako pierwszą tu się zaprzyjaźniłem. Widziałem, że Gretta to dobra kobieta, która potrafi dostrzec człowieka w człowieku, czym zarobiła u mnie plusa.
- Jak minął ci wolny dzień, Harry? - zapytała i usiadła przy stoliku, na którym leżała kartka i długopis. Jak zawsze z rana przypisywała każdemu obowiązki na dany dzień. Rzuciłem sportową torbę z ubraniami na żółtą kanapę, stojącą pod ścianą. Przeczesałem palcami włosy, równocześnie wzdychając.
- Proszę cię... -  bąknąłem, nadal słysząc w uszach ryki Louisa. Zamknąłem oczy i ziewnąłem. Do późnej nocy, powtarzałem na test psychologiczny, a teraz będę harował jak dziki osioł.
- Wczoraj Louis zabrał mnie na mecz - wyjaśniłem.
- Mecz? - zdziwiła się. - Znowu?
- Tak, znowu - odgarnąłem loki z czoła. - Było okropnie. Znowu - usiadłem i wyjąłem z torby ubrania. Wszystko było białe, nawet spodnie. Przed wyjściem, zerknąłem na listę dzisiejszych prac.
- Dziś zajmiesz się nową pacjentką - dodała Gretta. Byłem ciekaw, którą nową pacjentką. Zaraz potem, napisała czarnym tuszem na białej kartce: Odriee Moore. W pewien sposób byłem zadowolony.
- To ta niska brunetka, tak? - upewniłem się, spoglądając na jej profil twarzy.
- Nie udawaj Harry, że nie wiesz, o którą chodzi. - mruknęła z cwanym uśmieszkiem. 
- Podobno pierwszy do niej pobiegłeś, kiedy przywieźli ją i tą drugą dziewczynę. - dodała z podejrzliwym wyrazem twarzy. Jej kącik ust uniósł się lekko. Panie Boże, co te kobiety mają w głowach?
- Pobiegłem, bo taka była potrzeba, Gretto. - wyjaśniłem poirytowany.



                                                                       ஐ ஐ ஐ



 Wybiła 9:00, a więc czas śniadania. Zaciskałem palce na metalowej rączce od wózka, pchając go aż pod salę 32. O dziwo, nie zastałem tam Grega, ale Jay'a. On również jest strażnikiem. Całkiem dobrze się dogadujemy, może dlatego, że jesteśmy w tym samym wieku. 
- Cześć, Harry - od razu włożył klucz i nacisnął klamkę.
- Siemka, Jay. Jak ci idzie z załatwianiem mieszkania z Susie? Zgodziła się?
 Podrapał się po głowie, ale jego śnieżnobiały uśmiech mówił sam za siebie.
- Mam nadzieję, że nie popełniam żadnego błędu. Wiesz jaka Sus potrafi być - odpowiada żartem, a ja odpowiadam śmiechem.
 Jay i Louis to jedyni równi goście w tej instytucji. Sam pan Hetfield zachowuje się jak palant, kąpany w forsie. Cóż... dyrektora się nie wybiera. Niestety. Jednak, gdybym miał taką możliwość, to zgłosiłbym Grettę. Myślę, że i pracownicy i pacjenci lepiej by się tu czuli. Szkoda, że nie ma czegoś takiego, jak głosowanie na szefa. Praca byłaby o wiele przyjemniejsza.
 Wjeżdżam z wózkiem do pomieszczenia, które wydaje się chłodniejsze, niż zwykle. Pukam do drzwi i szukam wzrokiem pacjentki, którą mam się opiekować. Po chwili dostrzegam jej drobną postać w kącie. Skulona, blada, spokojna, jakby odcięta od świata. Miałem dziwne uczucie, że dzieli nas gruby, niewidzialny mur. Odchrząknąłem.
- Witam, jestem Harry - przedstawiłem się, jak to zawsze robię, wobec nowych pacjentów. Nie spojrzała. - A ty pewnie jesteś Odriee, czyż nie? -  nie dostałem odpowiedzi. Może jest niemową?  Chwilę później przypomniałem sobie jak krzyczała, gdy próbowała nawiać. Tak naprawdę, to nie dziwiłem się jej.
- W każdym razie, miło mi - westchnąłem, zacisnąłem wargi i kiwnąłem głową, widząc że dziewczyna nie ma ochoty na rozmowę. Postawiłem na stoliku biały, plastikowy talerzyk z kanapkami, a obok ciepłą herbatę.
- Nie mogę zmusić cię do jedzenia, ale na twoim miejscu zjadłbym coś. Bez pokarmu człowiek jest trupem, a gdy człowiek jest trupem, to jest mi smuto - powiedziałem, mając nadzieję, że nie wskoczy na mnie. Podobno Pagie tak bardzo się wystraszyła tej dziewczyny, że musiała zaparzyć sobie melisy na uspokojenie.
 Odriee nie reagowała. Była pogrążona we własnym świecie, ignorowała wszystko i wszystkich. Tak, jak większość chorych psychicznie ludzi, wpatrywała się w ścianę, jakby ta była pomalowana na tysiące kolorów. Tymczasem była to tylko zwykła, zniszczona ściana.



_______________________________________________________________

Witajcie :D
Tak oto zakończył się rozdział 5. 
Piszcie śmiało komentarze, nie gryziemy ;)
~ Obli Viate
~ Carrie SS.

środa, 21 października 2015

Rozdział 4 I don't give up

Muzyka - John Legend ''All of Me"'


To sprawia, że płaczę
Lub może płaczę
Z innego powodu
Trudno powiedzieć, kiedy
Setki emocji zlały się w jedno

                                           
                                                          ~ ODRIEE ~

 Policjant wskazał na czerwone krzesło, bym usiadła. Na przeciwko mnie rozsiadł się mężczyzna w szarym garniturze, a po mojej prawej usiadła miła, długowłosa blondynka. Uśmiechała się pocieszająco. Położyła przed sobą teczkę, po czym wyciągnęła z niej jakieś papiery. Pan policjant mierzył mnie spokojnym, ale krępującym wzrokiem. Starałam się unikać kontaktu wzrokowego z jakimikolwiek mężczyzną. Czułam do każdego odrazę, ale zarazem byłam silniejsza.
 Ten widok był wspaniały. Ten strach w jego niebieskich, wilczych oczach. Ten jęk, który z siebie wydusił, gdy odbierałam mu ostatnią sekundę życia. Byłam z siebie dumna. Nawet, jeśli mnie za to wpakują do więzienia, nie okażę skruchy. Zrobiłabym to ponownie, gdyby była taka okazja. Może będę potworem w oczach innych, a może pomyślą, że postradałam zmysły. Może moja rodzina będzie się mnie bać, a może moi znajomi będą nazywać mnie wariatką. Wszystko jest możliwe. Już nic mnie nie obchodzi. Ważne jest to, że słońce nadal świeci tak pięknie, jak kiedyś.
- A więc... Odriee.. - zaczęła kobieta. Zamarłam. Po raz pierwszy od wieków usłyszałam to imię. Moje dawne imię. Nie podobało mi się to, że ona mnie tak nazwała. Nie byłam tą samą dziewczyną, co rok temu. Nie byłam tą Odriee i nie nosiłam już tego imienia. Postanowiłam ignorować pytania pani psycholog. Wpatrywałam się w jej krwistoczerwone paznokcie. Były piękne, ten kolor był piękny. - Czy wiesz dlaczego się tu znalazłaś? Czy możesz opowiedzieć... o tym co...
Zacisnęłam szczękę, co kobieta zauważyła. Zadawała mnóstwo pytań, na które nie dostawała moich odpowiedzi. Traktowała mnie jak pięciolatkę, której ktoś ukradł soczek. Denerwowało mnie to. Miałam wrażenie, że pomieszczenie maleje. Ściany zbliżały się, a na zewnątrz panował już pewnie mrok. Słyszałam bicie własnego serca. Pragnęłam zobaczyć słońce. Ono sprawiało, że byłam szczęśliwa. Zamiast złotych promieni dostałam pomarańczowe światło lampki. Kobieta widziała brak zainteresowania z mojej strony, więc odpuściła. Westchnęła grzebiąc w teczce. Posłała jedno znaczące spojrzenie policjantowi, a potem drugie panu w garniturze. Wiedziałam. Myślą, że jestem wariatką. Wyciągnęłam dłoń na śliski stolik i zaczęłam stukać palcem o blat. Chciałam roześmiać im się w twarz, wykrzyczeć co czuję, co mnie spotkało przez ostatni rok, ale milczałam, jak zawsze. Wolałam zostawić to dla siebie. Wiedziałam, że ich słowa nie pomogą. Choćby opłacili wszystkich psychiatrów, lekarzy to i tak pamięć zostanie. Ona zawsze zostaje. Dręczy ludzi dniami i nocami, aż człowiek nie wytrzymuje i nakłada sobie sznurek na szyję. To takie proste. Lina, drzewo, stołek, skaczesz, koniec. Po problemie. Szkoda, że nie potrafimy tak łatwo rozwiązywać innych problemów.


                                                     ~ LOUIS ~

Dziś mają nam dostarczyć te dwie dziewczyny o których mówili w telewizji. Zastanawiam się, co one musiały tam przeżywać.
 Słyszałem, że jedna to blondynka, a druga brunetka. Podobno blondynka nieźle się rzucała, a brunetka to aniołek, tylko nic nie mówi. Biorąc to pod uwagę, blondi trafi do Harry'ego, a brunetka znajdzie się pod moimi skrzydłami. Jedyna opcja, bo psychiatryk jest zapełniony i wolne pokoje są tylko na moim i Harry'ego oddziale. Ciężkie czasy. Druga część budynku jest w remoncie, więc musimy się jakoś mieścić.
 Podczas przerwy na lunch zauważyłem samochód policyjny. Czyli nasze panie dotarły. Wyszedłem przed budynek, by pomóc we wprowadzeniu ich, tak jak kazała mi szefowa. Blondynka wysiadła posłusznie i rozejrzała się z uśmiechem. Nie wyglądała na wariatkę.
 Brunetka spokojnie wysiadła, tak jak jej koleżanka. Jednak zdradzały ją oczy. Była śmiertelnie przerażona. Rok praktyk zdążył mnie nauczyć zauważać drobiazgi. Drżące palce, miękkie kolana, rozszerzone oczy, lustrujące wszystko w zastraszającym tempie. Podchodzę do niej, ale gdy tylko mnie dostrzega otwiera usta, chodź nie wydaje żadnego dźwięku. Uśmiecham się lekko, by dodać jej otuchy i odzywam się uspokajającym tonem.
- Hej, już dobrze. Tu są tylko mili ludzie. - wyciągam do niej rękę, a ona krzyczy i próbuje uciec, ale wpada na policjanta za nią, który ją łapie, by się nie przewróciła. To tylko pogarsza sprawę, zaczęła się wyrywać, gryząc go, kopiąc i krzycząc, ale nie za głośno. Zauważyłem, że blondynka stoi obok mnie i patrzy na nią.
 Teraz widzę. Teraz zauważyłem to, czego wcześniej nie byłem w stanie, z powodu odległości. Obojętność. Jej spojrzenie było niemal zupełnie obojętne. Jakby dwa lata spędzone u gwałciciela wypaliły w niej całego ducha i zostawiły tylko ciało, z napędzającymi je organami. Niezdolną do uczuć i chęci życia. W jednej chwili zapomniałem o jej odrzucających blond włosach. Patrzyłem w jej oczy, starając się dostrzec w nich coś jeszcze.
 Obok mnie przebiegło dwóch pielęgniarzy, którzy złapali brunetkę, jeden z nich wstrzyknął jej płyn usypiający. Uspokoiła się, po czym delikatnie osunęła na ramiona tego ze strzykawką. Drugi przyniósł nosze. Tym drugim okazał się Harry. Związał włosy w mały koczek, więc go nie poznałem od razu. Tak więc odwróciłem się do blondynki.
- Chodź ze mną. - odezwałem się, bo podejrzewałem, że w takim obrocie sytuacji trafi do mojego oddziału.


                                              ~ ODRIEE ~

 Naciągnęłam na nagie ramię bluzę, z którą nie rozstaję się od czasów piwnicy. Siedzę skulona w kącie małej salki, w której prawdopodobnie spędzę okropny czas. Nie wiem, jak długo będę tu więziona. Ile minie dni, ile minie miesięcy... Gdy tamten człowiek odszedł do zaświatów, byłam pewna, że wszystko się ułoży. Poczułam się wolna, a teraz znów to samo. Kraty w oknach, białe ściany, zimna podłoga, drzwi bez klamki... Patrzę na to wszystko i czuję, że nie wiele się zmieniło.
Staram się znaleźć jakieś dobre, spokojne myśli, choć to wręcz niemożliwe. Jestem bezsilna, ale nikt tego nie dostrzega. Myślą, że jestem obłąkana. Są pewni, że wszystko wiedzą, a prawda jest taka, że o niczym nie mają pojęcia.
 Nie mają pojęcia, jak to jest być zamkniętym w samym sobie.
Moje oczy wpatrują się w bladą, jak trup ścianę. Mam wrażenie, że słyszę głosy. Echo odbija się od chłodnych ścian, atakując mnie, sprawiając, że drżę z zimna. Chucham ciepłym powietrzem w dłonie i pocieram policzki, mając nadzieję, że da mi to trochę ciepła. Czynność powtarzam kilka razy, kiedy nagle słyszę dźwięk. Znajomy dźwięk. Ktoś przekręca klucz trzy razy i otwiera metalowe drzwi.
- Jakby się rzucała, to wołaj. - mrużę oczy słysząc męski głos.
- Jasne. Myślę, że będzie dobrze. - odpowiada kobieta. W myślach mam obraz, jak dziewczyna trzęsie się ze strachu, że wskoczę na nią i wydrapię jej oczy. To wcale nie jest śmieszne. Przykro mi, bo nie jestem potworem.
- Kolacja, panno... - pauzuje i spogląda na jakiś papier, który trzyma w dłoni. - Panno Moore. - dokańcza z uśmiechem. Patrzę na nią z ukosa, tak by nie zauważyła. Kontakt wzrokowy nie należy do moich ulubionych kontaktów z ludźmi, tak samo jak rozmowa. Oni za dużo mówią. Nie potrafią cieszyć się ciszą. Wspaniałą ciszą, która nie potrafi nas zranić. Słowa są jak miny. Wystarczy jeden błąd, złe posunięcie i wybuchasz. Rozrywa cię na kawałki, pozostawiając tylko popiół, który wsiąknie w ziemię zbyt wcześnie.
- Myślę, że łóżko jest wygodniejsze, niż ten kąt. - mówi blondynka, nakładając na talerz jasno-żółtą papkę. Gdy widzę parę, unoszącą się nad jedzeniem, mam ochotę wstać i pochylić twarz nad talerzem. - Możesz mi wierzyć. Te ziemniaki są przepyszne. Kucharki dodają do nich kilka łyżek masła. - Ślinka mi cieknie na samą myśl o ziemniaczanym puree z masłem. Chętnie bym coś zjadła, a teraz całą noc będę myślała o pięknym zapachu ziemniaków. Mimo tego, że woń dania mnie piekielnie kusi, nie ruszam się z miejsca. Chcę zostać sama.
- Zjedz choć trochę. - prosi cicho blondynka. Stoi przy łóżku i mogę przysiądz, że krępuje się. Gdy odważam się na nią spojrzeć, ona ucieka wzrokiem. Patrzy wszędzie i udaje, że mnie nie widzi. Poirytowana, przewracam oczami. '' Kiedy ona wyjdzie? '' Przechodzi mi przez myśl, gdy ta siada na ''moim'' tymczasowym łóżku. Lubię samotność, ale bardziej od tego wolę towarzystwo Bianki. Może jeżeli zjem trochę ciepłego posiłku to pozwolą mi ją zobaczyć? Mrugam szybko i wzdycham, wszystko analizując.
- Nie jesteś głodna? Na pewno dawno nie jadłaś nic ciepłego. - mówi i siada naprzeciwko mnie na krześle. Przez chwilę milczy po czym znów mówi. Budzi się we mnie coś dziwnego. Mam wrażenie, że nie jest to nic dobrego, ale czuję przyjemność. Zamykam oczy i pochylam głowę. - Doskonale rozumiem ciebie i twoją koleżankę. Wiem, przez co musiałyście przejść, co czujecie. - przeginała strunę wspominając o tym. Zacisnęłam dłonie i powoli wypuściłam powietrze. - Dwa lata, rok... to szmat czasu. Nie wytrzymałabym gdyby jakiś obcy mężczyzna robił mi takie rzeczy... Chyba bym umarła. - mówi szybciej, a ja tracę nad sobą kontrolę. Jak piorun podbiegam do wózka na kółkach, łapię talerz i ciskam nim o podłogę. Wydaję z siebie pisk i kopię w wózek, przewracając go na podłogę. W sali pojawia się osoba trzecia, facet w granatowym uniformie. On i dziewczyna mają zdezorientowane wyrazy twarzy, ale oboje zachowują spokój. Ja natomiast warczę przez zaciśnięte zęby, próbując uspokoić swoje nerwy.



                                                    ~ LOUIS ~

 Siedzi na białej pościeli i uśmiecha się kpiąco. Patrzę na nią i staram się ją rozgryźć. Nalewam jej zupy na talerz i stawiam na stoliku. Zerka na strawę i po chwili rzuca się, by zanurzyć w niej łyżkę i spróbować. Widzę błogość na jej twarzy. Musiał ich głodzić. Czuję do niej pewną niechęć, ale jestem też zaintrygowany.
- Bianca - mówię, siadając obok niej na łóżku. Patrzy na mnie. Nie odzywa się, bo usta ma wciąż zajęte zupą. Obserwuję, jak je. Tak, jakby jadła zupę pierwszy raz.
- Chcesz pogadać? - pytam, kiedy kończy obiad. Marszczy nos, co mnie irytuje.
- Nie wiem. - mruczy. - Ale chcę jeszcze zupy. - Patrzy na mnie, wzdycham i dolewam jej zupy. Tym razem nie je tak szybko.
- Co jadłaś ostatnio?
Chwilę nie odpowiada.
- To... chyba groszek. - chwilę się zastanawia. - Tak, to był groszek. - Kiwa głową, jakby zgadzała się sama ze sobą.
- Kiedy?
- Trzy dni temu? A może pięć? - przykłada palec do nosa. - Na pewno nie wczoraj.
Znów zanurza łyżkę w zupie. Milczę przez jakiś czas.
- Smakuje ci? - pytam, bo wygląda na to, że staje się nieco rozmowna.
- No. - cmoka.
- Co chciałabyś robić? - jest dziś ostatnią osobą, którą się zajmuję, więc mogę poświęcić jej więcej czasu.
- Jeść. - uśmiecha się chytrze. Pociągam nosem i patrzę na nią z ukosa. Jest chuda, ale nie wygląda jak anorektyczka. Widocznie jej organizm zdołał się dostosować do kiepskiego wyżywienia, bo Odriee jest od niej chudsza, mimo tego, że spędziła w zamknięciu mniej czasu. Nagle nachodzi mnie myśl, że mogły przecież walczyć o jedzenie i może Bianca zazwyczaj wygrywała. Zagryzam policzek od środka.
- Dużo jadłaś? - pytam. Odwraca do mnie głowę, ale patrzy na moje dłonie. Zerkam tam, gdzie ona, ale nie widzę nic szczególnego.
- Bardzo mało. - szepcze i zjada kolejną łyżkę zupy.
- A Odriee? - dodaję ostrożnie.
- Kim jest Odriee? - marszczy czoło, a pomiędzy jej brwiami pojawia się mała zmarszczka.
- Twoja koleżanka. Ta, z którą spędziłaś ostatni rok. - wyjaśniłem. Przywykłem już do wariatów, lecz ona na taką nie wygląda.
- Oh. - przygryza wargę w zamyśleniu i patrzy na swój talerz. - Piękne masz imię, Ali. - odzywa się, chyba sama do siebie, ale słyszę dokładnie, co mówi. - Ona też jadła. - patrzy na mnie z bólem.
- Tyle ile ty? - drążę. Wzdycha. Połyka kilka łyżek zupy, zanim odpowiada.
- Więcej. Mniej. Tyle samo. Różnie. - kolejne kilka łyżek. - Zależy.
- Zależy od czego?
Mruga jasnymi rzęsami i potrząsa głową, jakby chciała pozbyć się złych myśli.
- Oh, rozumiem. - kładę dłonie na pościeli, po bokach moich ud.
- Lubisz mnie? - pyta, obserwując mnie bystrym spojrzeniem. Nieco mnie zatyka. Chwilę się zastanawiam, o co może jej chodzić.
- Lubię. Ale tak trochę. Muszę cię lepiej poznać, żeby cię bardziej polubić. - uśmiecham się. Unosi lekko jeden kącik ust.
- Ja ciebie lubię. - mówi i dotyka opuszkiem palca wskazującego i środkowego mojej ręki. Ma bardzo ciepłe dłonie, zagrzane od talerza, który wciąż trzymała, jakby się obawiała, że jej go zbiorę.
 Przysuwa się nieco bliżej i podnosi moją rękę. Nie oponuję. Pozwalam jej prześledzić palcem moją linię życia.
- O co chodzi? - Pytam w końcu. Mimo wszystko czuję się nieco niezręcznie.
- Masz delikatne dłonie. Ciepłe. - informuje mnie. - Lubię twoje dłonie. - oznajmia, po czym wstaje i podchodzi do okna.
- Chcę jutro zjeść śniadanie - mówi, ale nie wiem, czy jest to skierowane do mnie, czy do nieba.
- Zjesz. I jutro i po jutrze i codziennie będziesz jeść śniadanie. - uśmiecham się do jej pleców. Kiwa lekko głową. Zabieram talerz i łyżkę, przykrywam garnek z wystygniętą już zupą i podnoszę się.
- Do jutra. - żegnam się. Odpowiada mi cisza.
 Wychodzę i kieruję się korytarzem do kuchni, gdzie spotykam się z Harrym. Opowiada mi o męczącym Bezimiennym. Tak nazywamy pewnego mężczyznę, który trafił tu trzy lata temu i nigdy się do niego nie odezwał. Nikt go nie zna i nie udało się znaleźć jego rodziny. Jest więc Bezimiennym.
 Słucham przyjaciela, ale myślami jestem przy blondynce. Irytuje mnie. Wolałbym zajmować się brunetką, ale los zesłał mi blondynkę. Myję ręce w starym zlewie i zastanawiam się, co jutro przyniosę jej na śniadanie.
 Chciałbym przefarbować jej włosy.



_________________________________________________________________________________


Hej, hej rozdział 4 skończony :D
Podoba się? Bo nam nawet nawet ;)
Czekamy na komentarze,
Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.


niedziela, 11 października 2015

Rozdział 3 Really you did this

Muzyka: Charlie Puth - I won't tell a soul

Znów siedzę tutaj samotnie
Czekam aż przyjdziesz mnie zobaczyć.
Czas mija
W mgnieniu oka
Wiem, że to ja pójdę cię jakoś zobaczyć.

Siedzisz w domu kolejną noc
Czekasz na kogoś, kto cię obejmie.
Czas upływa
rzeczywiście tak szybko.

                                                                ~ BIANCA ~

                                                                     
 Budzi mnie znajomy dźwięk, który sprawia, że zrywam się na nogi i odsuwam pod samą ścianę. Ali reaguje gwałtowniej, wstaje z materaca, ale przewraca się, kiedy próbuje do mnie podejść. On natychmiast to wykorzystuje, łapie ją za rękę i znów ciągnie w stronę schodów. Robię to, co zwykle.
 Podbiegam i łapię ją za drugą rękę, odwlekając to, co nieuniknione. Ale dziś coś jest nie tak. Coś nie pasuje. On jest zły. Jest potwornie wkurzony. Wygląda, jakby niesamowicie mu się spieszyło.
- Nie dziś. - warczy do mnie. - Dziś. Muszę was zabić. - puszcza Ali i wyciąga nóż zza paska.
- Miałem nadzieję, że obędzie się bez rozlewu krwi. - zwrócił się do Ali i zamierzył się nożem. Wszystko działo się tak nagle. Jak w amoku, rzuciłam się do przodu, starając się odtrącić dziewczynę z zasięgu noża. W następnej chwili czułam palący ból w ramieniu. Upadłam na podłogę i zobaczyłam mroczki przed oczami. Oprawca warknął gardłowo i już miał się zamachnąć na mnie, kiedy Ali naparła na niego całym swoim ciałem i wykorzystując chwilę zaskoczenia, wyrwała mu nóż. Stała, dysząc ciężko, naprzeciwko niego, ściskając narzędzie w dłoni. Uśmiechnął się pobłażliwie, ale w jego oczach dostrzegłam strach. Podniosłam się ostrożnie.
- Spokojnie, kochane. Przecież poza mną nikogo nie macie. Co powiesz na taki układ? Ty odłożysz teraz nóż, a ja was nie zabiję. Co ty na to? To chyba uczciwe, prawda?
Traktował ją, jak dziecko. Jakby nic nie rozumiała, jakby była tylko nic nie wartym zwierzęciem. Zobaczyłam w jej oczach coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam. Była wściekła. Nie było tam nic, poza nienawiścią i chęcią mordu. Zrobiła krok do przodu.
- Hej, daj spokój. Przecież nie chcemy żeby ktoś umarł, prawda? - zaśmiał się nerwowo, unosząc ręce. Ali warknęła cicho. Klatka piersiowa unosiła się i opadała bardzo szybko. Pierwszy raz widziałam taką Ali. W jednej chwili uniosła rękę i wbiła mężczyźnie nóż w pierś, po czym przekręciła go i wyciągnęła. Lekko rozchylił usta w geście zdziwienia, po czym runął na ziemię, wijąc się w agonii. Stała nad nim, groźna i majestatyczna. Jej oddech zwolnił, a plecy zgarbiły się. Usłyszałam szczęk metalu uderzającego o beton. Padła na kolana i przyłożyła palec do jego szyi. Przez jakiś czas się nie poruszała, po czym wstała i odwróciła się w moją stronę. Jej oczy mówiły jedno: "Nie żyje".
 Miałam ochotę rzucić się jej na szyję. Jesteśmy wolne. Po dwóch latach gnicia w tej dziurze, wreszcie mogę wyjść na zewnątrz i popatrzeć na słońce.




                                                                    ~ HARRY ~

 Pogoda nie poprawiła się. Było jeszcze gorzej niż wcześniej. Miałem dość patrzenia, jak Londyn ginie w ciemnościach. Wyrzuciłem niedopałek i zgniotłem go podeszwą buta. Wróciłem do budynku.
Gdy przechadzałem się korytarzem, spotkałem panią Hetfield. Była trochę zdenerwowana. Pędziła w stronę salki dla pracowników. Pewnie znowu ktoś zrobił coś, co nie spodobało się pani dyrektor. To normalne. Z racji tego, że skończyłem robotę, udałem się do szatni. Masując kark otworzyłem metalowe drzwiczki mojej szafki. Pisało na nich "SMITH". Nie lubię kiedy ktoś do mnie mówi po nazwisku. Wtedy czuję się tak dziwnie, a dosyć często ludzie się właśnie tak do mnie zwracają. ''- Smith, chodź tu. Smith, przynieś mi to i tamto i jeszcze inne duperele."
 Zdjąłem z wieszaka swoje ubrania, po czym rzuciłem je na ławeczkę. Zwinnym ruchem ściągnąłem z siebie brudny, niegdyś biały T-shirt, odsłaniając swój tors, przyozdobiony tatuażami. Mimo tego, że raczej jestem 'grzecznym chłopcem' to lubię takie rzeczy, jak dziary. Jakieś trzy lata temu miałem kolczyk w brwi, ale ze względu na pracę, wciągnąłem go. Mimowolnie opadłem na ławkę. Cały opadałem z sił. Bez przesady mogę stwierdzić, że to był okropnie ciężki dzień. Jedyne, o czym potrafiłem myśleć, to miękkie łóżko i sen. Gdy moje powieki lekko zamykały się, ktoś szarpnął za klamkę i wszedł do szatni. Leniwie spojrzałem w stronę drzwi.
- Um, Harry. - zaświergotała Pagie, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. W odpowiedzi uśmiechnąłem się. Nie miałem ochoty na rozmowy. Z nikim.
- Już skończyłeś pracę? - zapytała ciekawa, otwierając kluczykiem swoją szafkę. Skinąłem, naciągając czarny podkoszulek na nagi tułów. Dziewczyna cicho mruknęła ''oh'' i zamilkła. Zabrałem swoją torbę, zamknąłem szafkę i podszedłem do drzwi.
- Do jutra, Harry. - mówi i macha dłonią na pożegnanie, po czym zakłada kosmyk blond włosów za ucho. Przez kilka sekund wpatruję się w jej łagodną twarz. Jest taka normalna, miła, ma ładną, choć trochę dziecięcą urodę. Nie rozumiem, dlaczego Lou jest do niej taki wrogi. Cóż, nie mój problem. Może kiedyś będzie szansa, że zaproszę ją do kina. Otrząsam się i powtarzam gest dziewczyny.
- Do zobaczenia, Pagie. - mówię i opuszczam mury szpitala.

Jechałem samochodem gdy nagle deszcz zaczął spływać z przednich szyb. Wycieraczki nie nadążały, a ja widziałem coraz mniej, dlatego dla bezpieczeństwa zjechałem do najbliższej stacji. Zatankowałem i cały mokry wróciłem do środka. Otarłem dłonią mokre czoło i włożyłem kluczyki do stacyjki, ale nie odpaliłem. Zainteresowało mnie to, co mówili w radiu.
''- Po dwóch latach poszukiwań policja w końcu odnalazła zaginione Biancę Luca i Odriee Moore. Dziewczyny przez długi czas były więzione w podziemnej piwnicy, gdzie prawdopodobnie były molestowane przez Jeams'a R., który nie żyje od kilku godzin. Mężczyzna prawdopodobnie został zamordowany przez jedną z dziewczyn. Nasi dziennikarze starają się dowiedzieć czegoś więcej w związku z tą sprawą. Dziękujemy za uwagę i życzymy dobrej nocy. Radio RED ONE FM." Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w rozmazany świat za szybą. Czułem się jakoś zadowolony z tych wieści. Mimo tego, że nie znam tych dziewczyn, to szkoda mi ich było. Wiem, że to może będzie trochę, hm... nie życzliwe, ale dobrze się stało. Ten facet zniszczył im życie. Już nigdy nie będą mogły normalnie myśleć, patrzeć na świat. Będą bały się ludzi, dotyku, słów...
 Gdy usłyszałem za sobą klakson, wyrwałem się z myśli. Odpaliłem samochód i odjechałem wjeżdżając w kałużę, a przy tym ochlapując czyjś motocykl. Oczywiście nie celowo. Niech człowiek mi wybaczy, jestem dziś chodzącym trupem.


                                                                 ~ BIANCA ~

 Mam ochotę krzyczeć. Do tej pory sobie radziłam. Gromadziłam w sobie mnóstwo uczuć, które tylko w części były uwalniane. Miarka przebrała się, kiedy On padł martwy. Teraz siedzę w samochodzie policyjnym, obok mnie Ali patrzy w okno, ze spokojem wymalowanym na twarzy. Ona czuje wolność.
 Ja przez całą drogę kopię w przedni fotel. Policjant stara się zachować spokój, ale co chwilę krzyczy na mnie, bym się uspokoiła. To tylko pogarsza sprawę. Chcę się stąd wydostać. Nie chcę być już więziona. Dlaczego po prostu nie wypuszczą mnie na łąkę z konwaliami, tak jak prosiłam? To taki problem? Nikomu bym nie przeszkadzała. Leżałabym tylko na trawie i jadła owoce z drzew.
 Ali nie zwracała na mnie uwagi. Albo tylko udawała, że to co robię jest normalne. Cieszę się, że nie patrzy na mnie, jak na wariatkę.
 Jestem wariatką. Jestem cholerną wariatką. Powinnam teraz wylegiwać się na łące, wśród konwalii, a nie siedzieć w radiowozie.

                                               ஐ ஐ ஐ

 Auto zatrzymuje się, a ja nie przestaję kopać w siedzenie. Policjant przede mną mówi coś do kierowcy, ale nie zwracam uwagi. Kierowca wysiada i zamyka za sobą drzwi.
 Podczas jego nieobecności opadam z sił i przestaję kopać. Chcę tylko stąd wyjść. Spoglądam na klamkę w złudnej nadziei, ale gdy za nią pociągam, okazuje się, że drzwi są zamknięte. Policjant patrzy na mnie w lusterku, ale nie odzywa się, jakby nie chcąc pogarszać sytuacji. Zamykam oczy. Oddycham przez usta i staram się zapanować nad emocjami. Uspokajam oddech i otwieram oczy. Policjant odwraca się w moją stronę.
- Uspokoiłaś się? - pyta normalnym głosem. Patrzę chwilę w jego nienaturalnie niebieskie źrenice. Nie chcę mu odpowiadać. Boję się go. Kiwam tylko głową.
- Dobrze. - uśmiecha się, nawet przyjaźnie, tak jakbym przez ostatnie pół godziny nie waliła nogami w jego fotel. Nagle drzwi po obu stronach otwierają się i zostaję wyciągnięta siłą z samochodu. Ktoś naciska kolanem na moje plecy, niemal pozbawiając mnie tchu. Czuję zimny metal na nadgarstkach i zaczynam krzyczeć. Tak głośno, jak tylko potrafię. Krzyczę, żeby mnie wypuścili. Tak strasznie boję się kajdanek, policjantów, samochodów, bólu. Pośród moich błagań słyszę inny krzyk.
- Zostaw ją idioto! - jakaś biała postać podbiega i odtrąca policjanta, który mnie trzymał. Przestaję krzyczeć, kiedy metal opuszcza moje nadgarstki i nasłuchuję, leżąc.
- Wyrywała się, proszę pana. Jest nieobliczalna.
- Żebym ja zaraz tobie nie wyrwał stanowiska. Adamson! Podejdź no i zajmij się należycie tą biedną dziewczyną.
 Delikatne dłonie pomagają mi wstać. Patrzę na mężczyznę, zupełnie nie pasującego do tych dłoni. Jest dobrze zbudowany, ma groźny wyraz twarzy i ciemny zarost. Uśmiecha się, a wokół oczu pojawiają się drobne zmarszczki.
- Chodź ze mną, jesteś już bezpieczna. - delikatnie opiera dłoń na moich plecach i prowadzi w stronę komisariatu. Obok widzę Ali, prowadzoną przez wysoką blondynkę. Ali jest spokojna i patrzy na nią z ciekawością, słuchając co mówi.
 Policjant wprowadza mnie do środka i wskazuje białe drzwi.
- Tam na chwilę poczekasz, dobrze? - nie odpowiadam, więc zaprowadza mnie do pomieszczenia, które wygląda na salę przesłuchań i sadza mnie na krześle.
- Zaraz ktoś do ciebie przyjdzie.
Wychodzi, a ja znowu jestem w zamknięciu. Rozglądam się po względnie ciemnym pomieszczeniu. Zerkam za szybę i widzę dwóch policjantów i jedną policjantkę. Obserwują mnie i rozmawiają, pochylając się ku sobie. Chcą zobaczyć, czy zachowuję się jak wariatka. Niewzruszona wstaję i zapalam światło. Potem siadam i jakby nigdy nic czekam, aż coś się wydarzy. Wreszcie policjantka wchodzi, a za nią inny policjant, który zamyka drzwi i zakłada ręce, patrząc przed siebie z kamienną twarzą. Patrzę na niego, zaintrygowana.
- Nie przejmuj się nim. - mówi przyjaźnie policjantka. Ma brązowe włosy, związane w wysoki kucyk i długie rzęsy. Kiedyś często zwracałam uwagę na kobiece rzęsy. Lubię kiedy są ładnie podkręcone, tak jak u tej policjantki.
- Nazywam się Hanna Abbot i chcę z tobą porozmawiać. - zaczęła, kiedy już usiadła, kładąc przed sobą teczkę z moimi danymi. Nie zastanawiałam się skąd je ma. Po prostu słuchałam, co mówi, przytakując czasami głową.
 Podniosłam nogi, oparłam je na siedzeniu i oplotłam rękami, kiwając się miarowo w tył i w przód. Jestem wariatką, jestem dzieckiem. Jestem zwierzęciem. Nie chcę się odzywać. Nie chcę opowiadać wstydliwych wydarzeń z przeciągu dwóch lat. To dużo czasu. Można postradać zmysły. Chcę, by zamknęli mnie w psychiatryku, gdzie będę sobie siedziała w małym pokoju, z kratami w oknach, krzycząc ile zechcę, już nigdy nie dotknięta przez żadnego mężczyznę. Chcę po prostu spokoju.
 Nagle przestaję się kołysać. Opuszczam nogi i patrzę uważnie na policjantkę. Otwieram usta i wypowiadam trzy słowa.
- Chcę do psychiatryka.


_________________________________________________________________________________

Hej, hej!
Czyżby to rozdział 3? Tak, jak najbardziej :D
Podoba się? Jakieś uwagi? Komentujcie, to bardzo motywuje :D 
Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.



Theme by violette