czwartek, 5 listopada 2015

Rozdział 6 Can you hear me?

Muzyka: Skylar Grey -  I Know You 

Nie utrudniaj tego,
Nie pozwalaj przeszłości dyktować.
Tak,
Byłam cierpliwa, ale powoli
tracę wiarę.
Cienie twojego serca
Wiszą w słodkim, słodkim powietrzu.
Znam cię kochanie.
Tajemnice, które skrywasz,
Kontrolują nas i to po prostu nie fair.
Znam cię kochanie.
                   
                                                                    ~ LOUIS ~

- Tomman! - usłyszałem krzyk szefowej z końca korytarza. Jej ton jak zwykle brzmiał tak, jakbym coś zrobił nie tak.
- O co chodzi? - zapytałem, stając w drzwiach jej gabinetu. Siedziała za dużym, dębowym biurkiem, a przed nią, na dwóch niebieskich fotelach siedziało małżeństwo.
- Tomman, to państwo Luca. - pokiwałem głową. Dobrze znam to nazwisko. - Jak już się pewnie domyślasz, są rodzicami Bianki. Chcieliby się z nią zobaczyć. - skinęła na mnie głową.
- Oczywiście. Myślę, że Bianka jest w takim stanie, że dobrze by jej zrobiło spotkanie się z rodziną. - państwo Luca wstali, przedstawili się i podali mi ręce. Zaprowadziłem ich korytarzem do sali, w której odbywały się takie spotkania i zastrzegłem, żeby byli ostrożni.
 Oboje byli wstrząśnięci, pani Luca ocierała chusteczką oczy, ale też zachowywali się uprzejmie w stosunku do mnie, co było miłą odmianą.




                                                                    ~ ODRIEE ~



 Cały ponury dzień przesiedziałam w jednym kącie. Czułam, że mój tyłek stwardniał tak, jak reszta mojego ciała. Nie przejmowałam się tym. Przyzwyczaiłam się do bólu, ale nigdy nie będą potrafiła wziąć do siebie tego, że jestem teraz całkiem inną osobą. Gdy dotykam swoich dłoni, nie czuję delikatnej, gładkiej skóry, ale szorstki materiał. To tak, jakbym była ubrana w brudny kombinezon, którego nie potrafię zdjąć. To okropne. Ten świat i ludzie w nim mieszkający są okropni. Zmieniam się wraz z upływem czasu. Staję się gorszą, mało wartą wersją Odriee, która niegdyś kochała życie. Dorastała w dobrej, kochającej się rodzinie, nie miała wielu przyjaciół, prowadziła codzienne, proste życie i spoglądała na każdą chwilę z optymizmem.

 Ukłucie w sercu, które poczułam, pewnie znaczyło tęsknotę. Potrząsnęłam głową tak, by moje myśli wyleciały. Pragnęłam zapomnieć. Niewielka prośba, a jednak trudna do spełnienia.


                                                                        

 W samo południe chłopak z brązowymi lokami, wrócił z wózkiem, na którym czekał na mnie obiad. Oczywiście nie zjadłam ani trochę. Ignorując prośby - jeżeli się nie mylę - tego pielęgniarza, stawiałam opór. Nie byłam zadowolona z tego, że to on będzie moim opiekunem, którego wcale nie potrzebuję. Ktoś sprawił, że znienawidziłam męskiego dotyku. Za każdym razem boję się, że jakiś mężczyzna znów zrobi mi krzywdę. Teraz również boję się wzroku. Nie chcę, żeby na mnie patrzyli, ani żeby o mnie myśleli. To straszne.
 Wszyscy jesteśmy tacy sami, a jednocześnie tacy inni.

 Usłyszałam pukanie, ale ani drgnęłam. Było dopiero popołudnie, a z kolacją jeszcze za wcześnie, dlatego przez chwilę byłam poirytowana, wiedząc, że znów ten chłopak coś będzie ode mnie chciał. Nie myliłam się. Po chwili w małym pomieszczeniu było nas dwoje. On - mężczyzna o szmaragdowych oczach i malinowych ustach i ja - nastolatka, którą wszyscy wzięli za obłąkaną. Czując jego ładny zapach, przewróciłam oczami, czego najprawdopodobniej nie zauważył. Obiecałam sobie, że nie będę patrzeć na niego, ani na żadną obcą mi osobę. Obiecałam. Moje gałki oczne postanowiły robić mi na złość, ponieważ lekko zerkały na osobę siedzącą na krześle. Mogłabym przysiąc, że chłopak się uśmiechał, ale nie jak jakiś cwaniak, który chciałby mnie wyśmiać. Był to lekki, ciepły uśmiech, który sprawiał, że moje mięśnie rozluźniały się.

- Masz ochotę na spacer? - zapytał, a na moim czole pojawiło się kilka zmarszczek. Spacer? Niby gdzie mogłabym spacerować w tym znienawidzonym przeze mnie budynku?
 - Wiesz, nie chcę żebyś zanudziła się tu na śmierć. Jeśli przyjmiesz moją propozycję, będę naprawdę szczęśliwy - odparł nie spuszczając ze mnie wzroku. Czułam, jak moja skóra płonie, ale jak to mogło być możliwe, gdy w pokoju było tak zimno? Oboje milczeliśmy. Ja obmyślałam wszystkie za i przeciw, a on cierpliwie czekał na odpowiedź, na którą mógł czekać wieki. 
Miałam wiele przeszkód by pójść z nim na 'spacer', który byłby dla mnie, jak wyprowadzanie chorego na wściekliznę psa. Tak właśnie bym się czuła. Jednak gdy coś szepnęło mi do ucha, że mogłabym spotkać się z Bianką, od razu zresetowałam wszystkie przeciw. To był jedyny powód, dla którego zgodziłam się.


                                                                  ~ LOUIS ~ 

 - Bianca? - zacząłem, wchodząc do pokoju. Leżała na łóżku i robiła łódkę z papieru. Kiedy usłyszała mój głos podniosła się i spojrzała na mnie bystro. 

- Wydaje mi się, że powinnaś się z kimś zobaczyć. - Jej oczy pojaśniały. 
- Ali? - zapytała z nadzieją w głosie. Podrapałem się po głowie. Dotarło do mnie, że ta drobna brunetka w ciągu trudnego roku stała się dla niej osobą ważniejszą nawet od rodziny.
- Nie, to nie Odriee, ale jeśli chcesz możesz spotkać się z nią jutro, lub w jakiś inny dzień.
- Więc kto to? - wstała, kiedy podszedłem do niej.
- Twoi rodzice - mała łódka spadła na ziemię niemal bez szmeru. Dotknęła swoich policzków. Patrzyła gdzieś ponad moim ramieniem. Poczułem ogromną ochotę, by położyć swoją dłoń na jej drobnej ręce, ale w ostatnim momencie zmieniłem ten ruch na dotknięcie jej ramienia. Cofnęła się gwałtownie.
- Nie - potrząsnęła głową. Skuliła się i położyła obie dłonie na podłodze. Kucnąłem obok niej.
- Przepraszam cię. Nie zrobię ci nic złego, już ci mówiłem. Jesteś bezpieczna, a teraz powinnaś zobaczyć się z rodzicami.
Przez kilka chwil kiwała się w przód i w tył, patrząc na swoje dłonie.
- Tak. Ja... Tak, masz rację - wstała i podeszła do drzwi. - Chodź, musisz mnie zaprowadzić.


                                                                   
                                                              ~ ODRIEE ~


 Chodziliśmy po całym oddziale w ciszy. Gdy chłopak chciał coś powiedzieć, zaraz zamykał usta. 
Patrzyłam na wszystko. Na bladożółte ściany, na jasną podłogę i na ludzi. Szczerze mówiąc obawiałam się, że znalazłam się w jakimś przerażającym miejscu, gdzie chorzy biegają po korytarzach, drapią paznokciami ściany, a pracownicy potajemnie przeprowadzają testy w piwnicach na pacjentach. Nie sądziłam, że może tu być tak spokojnie. 
Kilka kroków ode mnie, otworzyły się białe drzwi, a w nich pojawiła się zgarbiona osoba, prowadzona przez pracownicę. 
- Chcę stąd wyjść. Muszę stąd uciec, muszę stąd uciec. - powtarzała starsza kobieta. Jej ręce trzęsły się, a wzrok błądził na wszystkie strony. Przystanęłam niedaleko chorej pani. Bez jakichkolwiek ograniczeń przypatrywałam się jej. Miała ciemnorude, poszarpane włosy, nadgarstki miała oszpecone cienkimi liniami, których nie potrafiłabym policzyć.
- Chodźmy dalej - poprosił pielęgniarz. Chciałam iść, ale moje nogi były przybite do podłogi. Czy ja też tak skończę? Czy rzeczywiście całkiem postradam zmysły i będę wyglądać jak zombie? Trochę przerażona widokiem chorej kobiety, zamrugałam kilka razy powiekami. Gdy już chciałam iść dalej, poczułam że ktoś mocno mną szarpie.
- Uciekaj! Uciekaj, póki możesz! - rudowłosa trzęsła moimi ramionami. Z grymasem na twarzy spojrzałam w jej oczy. Tęczówki miała zalane czarną barwą, a zęby zaciskała w groźny sposób. Była tak blisko, że mogłam słyszeć, jak cicho powtarzała jakąś modlitwę. Zachowałam stoicki spokój, mimo tego, że jej wzrok wysysał ze mnie wszelką siłę.
- Pani Amelio, proszę się uspokoić. - Pielęgniarka powoli odciągnęła ode mnie kobietę. Nadal czułam dotyk tej kobiety. Pomasowałam ramię i z ukosa spojrzałam jak kobieta odchodzi z pracownicą.
- Leki zaraz zaczną działać i wszystko będzie dobrze - szeptała sanitariuszka, oplatając ręką ramię chorej. 
Przez chwilę stałam jak wryta. Nie wiedziałam, co sądzić o zaistniałej chwilę temu sytuacji. 
- Nie bój się. Jesteś tu bezpieczna - usłyszałam za sobą ochrypły głos, który miał mnie pocieszyć. Niestety nadal czułam dreszcz, który raził mnie jak prąd. 

                                                                       


                                                                  ~ LOUIS ~ 


 Wpuściłem Biankę przodem, a potem zamknąłem drzwi. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, jak jej rodzice podchodzą do niej i patrzą, jakby była zjawą. 

- Och, kochanie. - zaczęła pani Luca. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że to ty. Tak bardzo mi przykro. - Zupełnie się rozkleiła, a jej mąż objął ją ramieniem. 
- Bianca - mężczyzna był w lepszym stanie. - Radzisz sobie, dziecko? - Nie wyglądał, jak ktoś, kto po dwóch latach wreszcie spotyka swoją córkę, która przez ten czas była bita i gwałcona. Na jego miejscu przytuliłbym ją najmocniej, jakbym umiał, obiecując, że już nigdy nic złego jej nie spotka. 
 Czułem, że nie powinienem tu być, ale nie mogłem wyjść. Stałem więc obok drzwi i patrzyłem na pofalowane włosy Bianki i zastanawiałem się, czy każda rodzina jest taka nieczuła w stosunku do siebie. Rodzice, jakby widzieli tylko siebie i poza tym nic. Czy naprawdę, nie widzą, jak ich córka cierpi? 
 Miałem ochotę na siłę ich do siebie przycisnąć. Mam nadzieję, że jeżeli się kiedyś ożenię i będę miał dzieci to nie będziemy tacy, jak oni. 
- Witajcie - powiedziała w końcu dziewczyna. - Nie martw się matko, będzie dobrze. - Dlaczego to ona pociesza tę kobietę, która pozwala sobie nazywać się jej matką? Zwróciła głowę w stronę mężczyzny, obejmującego panią Luca. - Tak, ojcze. Radzę sobie. Nic się nie stało. Po prostu spędzę tu trochę czasu. 
- Och nie. Nie wolno, kochanie. - Jej matka wyprostowała się i otarła łzę. - Musisz wracać do domu. Masz 19 lat. Musisz dokończyć szkołę, wszystko już załatwione, nie przejmuj się. Nie możesz tu zostać, ludzie i tak już dość gadają. - Jej mąż potakiwał głową. Tego było już za wiele. Podszedłem do załamanej Bianki, która omal nie przewróciła się, słysząc to i najdelikatniej, jak mogłem objąłem ją ramieniem. 
- Przykro mi, ale czas się skończył. Muszą państwo wrócić, żeby omówić parę spraw z szefową. Do widzenia. - Pierwsze wrażenie, jakie sobą przedstawiali było fałszywe. Tak naprawdę to dwójka bezuczuciowych robotów. Odprowadziłem blondynkę do jej pokoju i pomogłem położyć się na łóżku. Usiadłem na krześle i pochyliłem głowę. 
- Dlaczego się nie zmienili? - zapytała. - Dlaczego mnie nie rozumieją? - z jej oczu wypłynęły łzy i zniknęły we włosach. 
- Niektórzy ludzie nigdy się nie zmieniają, bez względu na okoliczności - mruknąłem. 
- Chciałabym, żebyś teraz już sobie poszedł - poprosiła. Skinąłem głową i wstałem. Już miałem zamknąć za sobą drzwi, kiedy dodała: - Ale wróć rano. 
- Wrócę - obiecałem i odszedłem, próbując uspokoić oddech.



________________________________________________________________________________



No witamy :D

Czy to 6 rozdział? Tak! Dokładnie tak :D
Minął tydzień, więc jest i kolejny rozdział. Od razu uprzedzam, rozdziały nie będą pojawiać się dokładnie co tydzień, bo wiadomo, szkoła i te sprawy, ale postaramy się, żeby co najwyżej 10-cio dniowe przerwy były ;)
Pozdrawiamy cieplutko wszystkie czytelniczki, te które komentują i te które tylko czytają również ;D
Czekamy na ciekawe komentarze, do następnego.
Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.

czwartek, 29 października 2015

Rozdział 5 Do you help me?

Muzyka -  Beyonce "Halo"

 Wysoko w niebie możesz latać
Uda ci się, jeśli spróbujesz
W niebie jesteś daleko stąd 
W niebie możesz śpiewać
I możesz robić wszystko
Nieważne co mówią, to prawda
Idę do błękitu

Nie chcę nigdy umrzeć
Chcę żyć w niebie 



                                                                    ~ HARRY ~


 Razem z Louisem wybrałem się na mecz piłki nożnej. Byłem okropnie zmęczony i nie lubię tego sportu, ale przyjaciel bardzo mnie prosił. Nie dawał mi spokoju w pracy. Na lunchu przekonywał mnie, że nie będę żałował. Louis miał iść ze swoim starszym kuzynem, ale ten się mocno rozchorował i zostawił Tomlinsona na pastwę losu. Dla mojego przyjaciela nie ma nic gorszego, od kibicowania w samotności na najważniejszym meczu Anglii. Może dlatego, że nie ma wtedy na kogo wrzeszczeć? Lubi wyładować złe emocje na kimś, a zazwyczaj tym kimś jestem ja.
 Kiedyś poszedłem z nim na mecz i nie skończyło się to dobrze. Nasza reprezentacja przegrała bodajże 0:5. Chłopak wściekł się, a gdy wychodziliśmy z stadionu to kopnął w metalowy kosz i złamał sobie palec u nogi. Właściwie, było to nawet zabawne. 

- Jeżeli znów będziesz kopał w kosze, to możesz być pewny, że to ostatni raz, gdy idę z tobą na jakikolwiek mecz - poinformowałem go, a on prychnął. Czyżby tamto wydarzenie ulotniło się z jego głowy? - Mówię poważnie, stary.
- Spokojna głowa! - śmieje się, a ja mierzę go poważnym wzrokiem.
 Louis jest nieprzewidywalny, dlatego nigdy nie jestem pewien, czy nie będzie chciał czegoś rozwalić lub wylać komuś piwa na głowę.
 - No dobrze, mamo. Obiecuję być grzecznym chłopcem - zamyka oczy i kładzie prawą dłoń gdzieś przy sercu, a drugą unosi. Kiwam głową zrezygnowany i idę w stronę stadionu. 


                                                                     ஐ ஐ ஐ 


 Siedzę na plastikowym krzesełku bez wygodnego oparcia i zastanawiam się, co ja robię na tym stadionie. Kilkadziesiąt tysięcy osób ryczy, śpiewa jakieś piosenki, które mają dopingować zawodników. Oczywiście, Louis w ogóle się od nich nie różni. Chłopak siada, wstaje, krzyczy, komentuje cały mecz, wyrażając swoje zdanie.
- To nie są piłkarze! Co to ma być?! - zwraca się do mnie i pokazuje na ogromne, zielone boisko.
- To są panienki! - wydziera się, ale nikt nie zwraca uwagi na chłopaka. To chyba nawet lepiej. Nie chcę mieć problemów przez Tomlinsona i jego dzikie krzyki.
-  No patrz, Harry! Spójrz tylko! Taka okazja na bramkę, a ten debil się wywraca! - chłopak rwie za końcówki włosów i pociera brodę. Sam nawet nie wiem, który to, ale mój przyjaciel ma rację. Ten mecz to żenada, mówiąc delikatnie.
- Lou, pamiętaj. To przecież wina trenera. - powtarzam jego słowa i śmieję się z jego kamiennej twarzy.



                                                                   ~ BIANCA ~

 Nie znam imienia mojego pielęgniarza, ale polubiłam go. Dziś rano przyniósł mi na śniadanie kanapki z marmoladą brzoskwiniową. Kocham marmoladę brzoskwiniową. Zjadłam cztery kanapki, słuchając, jak chłopak opowiada o wczorajszym meczu. W ciągu pięciu minut zdążył porządnie obsmarować londyński klub. Nie miałam ochoty na rozmowę, więc tylko patrzyłam na jego dłonie. Są zupełnie inne, niż jedyne męskie dłonie, które miałam okazję czuć przez ostatnie dwa lata.
 Powiedział, że dziś już nie przyjdzie, bo ma zajęcia na uczelni. Wspominał, że chce być lekarzem. Myślę, że będzie wyglądał fajnie w białym fartuchu. Opieram się plecami o ciepły kaloryfer. Lubię ciepło.
 Zamknęłam oczy i odpłynęłam.

                                                                   

                                                                   ஐ ஐ ஐ



 Mój sen przerwał brunet. Uśmiechnął się i nałożył mi na talerz jajecznicę z boczkiem i szczypiorkiem. Do tego dwie kromki, posmarowane masłem.
- Nie miałeś mieć dziś zajęć? - zdziwiłąm się.
- Miałem, ale odwołali, więc wpadłem przynieść ci kolację - wyjaśnił i usiadł na łóżku. Podniosłam się z podłogi i usiadłam obok niego.
- Lubisz jajecznicę? - zagadnął.
- Lubię - wzruszyłam ramionami. Czasami jadłyśmy jajecznicę u Niego, ale nie kojarzy mi się źle. Jedyne czego nienawidzę to placki ziemniaczane. Zawsze zimne, suche, z ziemniaków startych na grubych oczkach.
 Tym razem to on dotknął mojej dłoni. Była niepokojąco zimna. Zmarszczyłam brwi.
- Wszystko w porządku? - zapytałam, choć właściwie to on powinien o to pytać.
- Tak - mruknął i spojrzał mi w oczy.
- Jak masz na imię? - zapytałam, bo poczułam się niezręcznie. Czy tak zachowuje się lekarz?
- Nie wiem - zamyślił się. Teraz naprawdę się zdziwiłam. Coś jest nie tak.
- Ale to nie ważne - powiedział, po czym zbliżył się na niebezpieczną odległość. Przymknął oczy. O boże, zaraz mnie pocałuje. Chciałam zerwać się z miejsca i przytulić się znów do kaloryfera, ale przytrzymał mnie za rękę. Znowu. Znowu ktoś chce mnie wykorzystać. Zamknęłam oczy i krzyknęłam najgłośniej, jak mogłam.
 Otworzyłam oczy. Chłopak puścił moją dłoń i patrzył na mnie z troską. Łóżko było nienaturalnie twarde. Pielęgniarz zamiast ładnych, brązowych włosów miał długie, blond. Nie miał na sobie typowej, białej koszuli i białych spodni. Zamiast tego sukienkę do kolan, w blodoróżowym kolorze i małą kokardę z boku głowy. Najbardziej jednak twarz się zmieniła. Wyglądał bardziej kobieco. Potarłam oczy i dotarło do mnie, że to nie on. Pochylała się nade mną drobna kobieta, około dwudziestu lat. Sprawiała wrażenie nieco przestraszonej.
- Dlaczego śpisz na ziemi? Lepiej połóż się w łóżku, jest wygodniejsze - zaproponowała. Rzeczywiście. Siedziałam pod ścianą, oparta o ciepły kaloryfer.
- Ja... - zaczęłam, a pielęgniarka ciekawsko przekrzywiła głowę. Jakby słuchała, co dziecko do niej mówi. - Nieważne. - już jej nie lubię. Nie jestem dzieckiem.
- Dlaczego twoja koleżanka się nie odzywa? - zapytała powoli i wyraźnie akcentując każde słowo. Wydaje mi się, że jest nowa w tej pracy. Chyba nie rozumie, że pacjenci to nie banda przedszkolaków, tylko dorośli ludzie z problemami. 
- Skąd mam wiedzieć? - warknęłam. - Może nie chce marnować języka na takich ignorantów, jak ty.
- Och - mruknęła. Zdecydowanie jest nowa, skoro nie przyzwyczaiła się do wariatów, którzy jej nienawidzą.
- Idź sobie. - wskazałam jej palcem drzwi, jednocześnie nakładając sobie grysik na talerz. Cóż, bardzo dojrzała kolacja.



                                                                 ~ HARRY ~

  Nadszedł kolejny dzień pracy. Chcąc, nie chcąc musiałem zaczynać o 8:00 rano, co było dla mnie kolejnym wyzwaniem w tym tygodniu. Szedłem szarym korytarzem, kiwając głową każdemu pracownikowi. Bez słów i szczególnych gestów, ominąłem Grega, który zgrywał obrażonego. Przewróciłem oczami widząc, że dorosły facet, zachowuje się, jak nabuzowana hormonami nastolatka.
 W salce dla personelu spotkałem Grettę, która powitała mnie ciepłym uśmiechem i całusem w policzek. Margretta to jedna z pielęgniarek, ale również kierowniczka naszego oddziału. Kobieta jest blisko pięćdziesiątki, ma brązowe, kręcone włosy, które zawsze spina w kok i wspaniały uśmiech. To z nią, jako pierwszą tu się zaprzyjaźniłem. Widziałem, że Gretta to dobra kobieta, która potrafi dostrzec człowieka w człowieku, czym zarobiła u mnie plusa.
- Jak minął ci wolny dzień, Harry? - zapytała i usiadła przy stoliku, na którym leżała kartka i długopis. Jak zawsze z rana przypisywała każdemu obowiązki na dany dzień. Rzuciłem sportową torbę z ubraniami na żółtą kanapę, stojącą pod ścianą. Przeczesałem palcami włosy, równocześnie wzdychając.
- Proszę cię... -  bąknąłem, nadal słysząc w uszach ryki Louisa. Zamknąłem oczy i ziewnąłem. Do późnej nocy, powtarzałem na test psychologiczny, a teraz będę harował jak dziki osioł.
- Wczoraj Louis zabrał mnie na mecz - wyjaśniłem.
- Mecz? - zdziwiła się. - Znowu?
- Tak, znowu - odgarnąłem loki z czoła. - Było okropnie. Znowu - usiadłem i wyjąłem z torby ubrania. Wszystko było białe, nawet spodnie. Przed wyjściem, zerknąłem na listę dzisiejszych prac.
- Dziś zajmiesz się nową pacjentką - dodała Gretta. Byłem ciekaw, którą nową pacjentką. Zaraz potem, napisała czarnym tuszem na białej kartce: Odriee Moore. W pewien sposób byłem zadowolony.
- To ta niska brunetka, tak? - upewniłem się, spoglądając na jej profil twarzy.
- Nie udawaj Harry, że nie wiesz, o którą chodzi. - mruknęła z cwanym uśmieszkiem. 
- Podobno pierwszy do niej pobiegłeś, kiedy przywieźli ją i tą drugą dziewczynę. - dodała z podejrzliwym wyrazem twarzy. Jej kącik ust uniósł się lekko. Panie Boże, co te kobiety mają w głowach?
- Pobiegłem, bo taka była potrzeba, Gretto. - wyjaśniłem poirytowany.



                                                                       ஐ ஐ ஐ



 Wybiła 9:00, a więc czas śniadania. Zaciskałem palce na metalowej rączce od wózka, pchając go aż pod salę 32. O dziwo, nie zastałem tam Grega, ale Jay'a. On również jest strażnikiem. Całkiem dobrze się dogadujemy, może dlatego, że jesteśmy w tym samym wieku. 
- Cześć, Harry - od razu włożył klucz i nacisnął klamkę.
- Siemka, Jay. Jak ci idzie z załatwianiem mieszkania z Susie? Zgodziła się?
 Podrapał się po głowie, ale jego śnieżnobiały uśmiech mówił sam za siebie.
- Mam nadzieję, że nie popełniam żadnego błędu. Wiesz jaka Sus potrafi być - odpowiada żartem, a ja odpowiadam śmiechem.
 Jay i Louis to jedyni równi goście w tej instytucji. Sam pan Hetfield zachowuje się jak palant, kąpany w forsie. Cóż... dyrektora się nie wybiera. Niestety. Jednak, gdybym miał taką możliwość, to zgłosiłbym Grettę. Myślę, że i pracownicy i pacjenci lepiej by się tu czuli. Szkoda, że nie ma czegoś takiego, jak głosowanie na szefa. Praca byłaby o wiele przyjemniejsza.
 Wjeżdżam z wózkiem do pomieszczenia, które wydaje się chłodniejsze, niż zwykle. Pukam do drzwi i szukam wzrokiem pacjentki, którą mam się opiekować. Po chwili dostrzegam jej drobną postać w kącie. Skulona, blada, spokojna, jakby odcięta od świata. Miałem dziwne uczucie, że dzieli nas gruby, niewidzialny mur. Odchrząknąłem.
- Witam, jestem Harry - przedstawiłem się, jak to zawsze robię, wobec nowych pacjentów. Nie spojrzała. - A ty pewnie jesteś Odriee, czyż nie? -  nie dostałem odpowiedzi. Może jest niemową?  Chwilę później przypomniałem sobie jak krzyczała, gdy próbowała nawiać. Tak naprawdę, to nie dziwiłem się jej.
- W każdym razie, miło mi - westchnąłem, zacisnąłem wargi i kiwnąłem głową, widząc że dziewczyna nie ma ochoty na rozmowę. Postawiłem na stoliku biały, plastikowy talerzyk z kanapkami, a obok ciepłą herbatę.
- Nie mogę zmusić cię do jedzenia, ale na twoim miejscu zjadłbym coś. Bez pokarmu człowiek jest trupem, a gdy człowiek jest trupem, to jest mi smuto - powiedziałem, mając nadzieję, że nie wskoczy na mnie. Podobno Pagie tak bardzo się wystraszyła tej dziewczyny, że musiała zaparzyć sobie melisy na uspokojenie.
 Odriee nie reagowała. Była pogrążona we własnym świecie, ignorowała wszystko i wszystkich. Tak, jak większość chorych psychicznie ludzi, wpatrywała się w ścianę, jakby ta była pomalowana na tysiące kolorów. Tymczasem była to tylko zwykła, zniszczona ściana.



_______________________________________________________________

Witajcie :D
Tak oto zakończył się rozdział 5. 
Piszcie śmiało komentarze, nie gryziemy ;)
~ Obli Viate
~ Carrie SS.

środa, 21 października 2015

Rozdział 4 I don't give up

Muzyka - John Legend ''All of Me"'


To sprawia, że płaczę
Lub może płaczę
Z innego powodu
Trudno powiedzieć, kiedy
Setki emocji zlały się w jedno

                                           
                                                          ~ ODRIEE ~

 Policjant wskazał na czerwone krzesło, bym usiadła. Na przeciwko mnie rozsiadł się mężczyzna w szarym garniturze, a po mojej prawej usiadła miła, długowłosa blondynka. Uśmiechała się pocieszająco. Położyła przed sobą teczkę, po czym wyciągnęła z niej jakieś papiery. Pan policjant mierzył mnie spokojnym, ale krępującym wzrokiem. Starałam się unikać kontaktu wzrokowego z jakimikolwiek mężczyzną. Czułam do każdego odrazę, ale zarazem byłam silniejsza.
 Ten widok był wspaniały. Ten strach w jego niebieskich, wilczych oczach. Ten jęk, który z siebie wydusił, gdy odbierałam mu ostatnią sekundę życia. Byłam z siebie dumna. Nawet, jeśli mnie za to wpakują do więzienia, nie okażę skruchy. Zrobiłabym to ponownie, gdyby była taka okazja. Może będę potworem w oczach innych, a może pomyślą, że postradałam zmysły. Może moja rodzina będzie się mnie bać, a może moi znajomi będą nazywać mnie wariatką. Wszystko jest możliwe. Już nic mnie nie obchodzi. Ważne jest to, że słońce nadal świeci tak pięknie, jak kiedyś.
- A więc... Odriee.. - zaczęła kobieta. Zamarłam. Po raz pierwszy od wieków usłyszałam to imię. Moje dawne imię. Nie podobało mi się to, że ona mnie tak nazwała. Nie byłam tą samą dziewczyną, co rok temu. Nie byłam tą Odriee i nie nosiłam już tego imienia. Postanowiłam ignorować pytania pani psycholog. Wpatrywałam się w jej krwistoczerwone paznokcie. Były piękne, ten kolor był piękny. - Czy wiesz dlaczego się tu znalazłaś? Czy możesz opowiedzieć... o tym co...
Zacisnęłam szczękę, co kobieta zauważyła. Zadawała mnóstwo pytań, na które nie dostawała moich odpowiedzi. Traktowała mnie jak pięciolatkę, której ktoś ukradł soczek. Denerwowało mnie to. Miałam wrażenie, że pomieszczenie maleje. Ściany zbliżały się, a na zewnątrz panował już pewnie mrok. Słyszałam bicie własnego serca. Pragnęłam zobaczyć słońce. Ono sprawiało, że byłam szczęśliwa. Zamiast złotych promieni dostałam pomarańczowe światło lampki. Kobieta widziała brak zainteresowania z mojej strony, więc odpuściła. Westchnęła grzebiąc w teczce. Posłała jedno znaczące spojrzenie policjantowi, a potem drugie panu w garniturze. Wiedziałam. Myślą, że jestem wariatką. Wyciągnęłam dłoń na śliski stolik i zaczęłam stukać palcem o blat. Chciałam roześmiać im się w twarz, wykrzyczeć co czuję, co mnie spotkało przez ostatni rok, ale milczałam, jak zawsze. Wolałam zostawić to dla siebie. Wiedziałam, że ich słowa nie pomogą. Choćby opłacili wszystkich psychiatrów, lekarzy to i tak pamięć zostanie. Ona zawsze zostaje. Dręczy ludzi dniami i nocami, aż człowiek nie wytrzymuje i nakłada sobie sznurek na szyję. To takie proste. Lina, drzewo, stołek, skaczesz, koniec. Po problemie. Szkoda, że nie potrafimy tak łatwo rozwiązywać innych problemów.


                                                     ~ LOUIS ~

Dziś mają nam dostarczyć te dwie dziewczyny o których mówili w telewizji. Zastanawiam się, co one musiały tam przeżywać.
 Słyszałem, że jedna to blondynka, a druga brunetka. Podobno blondynka nieźle się rzucała, a brunetka to aniołek, tylko nic nie mówi. Biorąc to pod uwagę, blondi trafi do Harry'ego, a brunetka znajdzie się pod moimi skrzydłami. Jedyna opcja, bo psychiatryk jest zapełniony i wolne pokoje są tylko na moim i Harry'ego oddziale. Ciężkie czasy. Druga część budynku jest w remoncie, więc musimy się jakoś mieścić.
 Podczas przerwy na lunch zauważyłem samochód policyjny. Czyli nasze panie dotarły. Wyszedłem przed budynek, by pomóc we wprowadzeniu ich, tak jak kazała mi szefowa. Blondynka wysiadła posłusznie i rozejrzała się z uśmiechem. Nie wyglądała na wariatkę.
 Brunetka spokojnie wysiadła, tak jak jej koleżanka. Jednak zdradzały ją oczy. Była śmiertelnie przerażona. Rok praktyk zdążył mnie nauczyć zauważać drobiazgi. Drżące palce, miękkie kolana, rozszerzone oczy, lustrujące wszystko w zastraszającym tempie. Podchodzę do niej, ale gdy tylko mnie dostrzega otwiera usta, chodź nie wydaje żadnego dźwięku. Uśmiecham się lekko, by dodać jej otuchy i odzywam się uspokajającym tonem.
- Hej, już dobrze. Tu są tylko mili ludzie. - wyciągam do niej rękę, a ona krzyczy i próbuje uciec, ale wpada na policjanta za nią, który ją łapie, by się nie przewróciła. To tylko pogarsza sprawę, zaczęła się wyrywać, gryząc go, kopiąc i krzycząc, ale nie za głośno. Zauważyłem, że blondynka stoi obok mnie i patrzy na nią.
 Teraz widzę. Teraz zauważyłem to, czego wcześniej nie byłem w stanie, z powodu odległości. Obojętność. Jej spojrzenie było niemal zupełnie obojętne. Jakby dwa lata spędzone u gwałciciela wypaliły w niej całego ducha i zostawiły tylko ciało, z napędzającymi je organami. Niezdolną do uczuć i chęci życia. W jednej chwili zapomniałem o jej odrzucających blond włosach. Patrzyłem w jej oczy, starając się dostrzec w nich coś jeszcze.
 Obok mnie przebiegło dwóch pielęgniarzy, którzy złapali brunetkę, jeden z nich wstrzyknął jej płyn usypiający. Uspokoiła się, po czym delikatnie osunęła na ramiona tego ze strzykawką. Drugi przyniósł nosze. Tym drugim okazał się Harry. Związał włosy w mały koczek, więc go nie poznałem od razu. Tak więc odwróciłem się do blondynki.
- Chodź ze mną. - odezwałem się, bo podejrzewałem, że w takim obrocie sytuacji trafi do mojego oddziału.


                                              ~ ODRIEE ~

 Naciągnęłam na nagie ramię bluzę, z którą nie rozstaję się od czasów piwnicy. Siedzę skulona w kącie małej salki, w której prawdopodobnie spędzę okropny czas. Nie wiem, jak długo będę tu więziona. Ile minie dni, ile minie miesięcy... Gdy tamten człowiek odszedł do zaświatów, byłam pewna, że wszystko się ułoży. Poczułam się wolna, a teraz znów to samo. Kraty w oknach, białe ściany, zimna podłoga, drzwi bez klamki... Patrzę na to wszystko i czuję, że nie wiele się zmieniło.
Staram się znaleźć jakieś dobre, spokojne myśli, choć to wręcz niemożliwe. Jestem bezsilna, ale nikt tego nie dostrzega. Myślą, że jestem obłąkana. Są pewni, że wszystko wiedzą, a prawda jest taka, że o niczym nie mają pojęcia.
 Nie mają pojęcia, jak to jest być zamkniętym w samym sobie.
Moje oczy wpatrują się w bladą, jak trup ścianę. Mam wrażenie, że słyszę głosy. Echo odbija się od chłodnych ścian, atakując mnie, sprawiając, że drżę z zimna. Chucham ciepłym powietrzem w dłonie i pocieram policzki, mając nadzieję, że da mi to trochę ciepła. Czynność powtarzam kilka razy, kiedy nagle słyszę dźwięk. Znajomy dźwięk. Ktoś przekręca klucz trzy razy i otwiera metalowe drzwi.
- Jakby się rzucała, to wołaj. - mrużę oczy słysząc męski głos.
- Jasne. Myślę, że będzie dobrze. - odpowiada kobieta. W myślach mam obraz, jak dziewczyna trzęsie się ze strachu, że wskoczę na nią i wydrapię jej oczy. To wcale nie jest śmieszne. Przykro mi, bo nie jestem potworem.
- Kolacja, panno... - pauzuje i spogląda na jakiś papier, który trzyma w dłoni. - Panno Moore. - dokańcza z uśmiechem. Patrzę na nią z ukosa, tak by nie zauważyła. Kontakt wzrokowy nie należy do moich ulubionych kontaktów z ludźmi, tak samo jak rozmowa. Oni za dużo mówią. Nie potrafią cieszyć się ciszą. Wspaniałą ciszą, która nie potrafi nas zranić. Słowa są jak miny. Wystarczy jeden błąd, złe posunięcie i wybuchasz. Rozrywa cię na kawałki, pozostawiając tylko popiół, który wsiąknie w ziemię zbyt wcześnie.
- Myślę, że łóżko jest wygodniejsze, niż ten kąt. - mówi blondynka, nakładając na talerz jasno-żółtą papkę. Gdy widzę parę, unoszącą się nad jedzeniem, mam ochotę wstać i pochylić twarz nad talerzem. - Możesz mi wierzyć. Te ziemniaki są przepyszne. Kucharki dodają do nich kilka łyżek masła. - Ślinka mi cieknie na samą myśl o ziemniaczanym puree z masłem. Chętnie bym coś zjadła, a teraz całą noc będę myślała o pięknym zapachu ziemniaków. Mimo tego, że woń dania mnie piekielnie kusi, nie ruszam się z miejsca. Chcę zostać sama.
- Zjedz choć trochę. - prosi cicho blondynka. Stoi przy łóżku i mogę przysiądz, że krępuje się. Gdy odważam się na nią spojrzeć, ona ucieka wzrokiem. Patrzy wszędzie i udaje, że mnie nie widzi. Poirytowana, przewracam oczami. '' Kiedy ona wyjdzie? '' Przechodzi mi przez myśl, gdy ta siada na ''moim'' tymczasowym łóżku. Lubię samotność, ale bardziej od tego wolę towarzystwo Bianki. Może jeżeli zjem trochę ciepłego posiłku to pozwolą mi ją zobaczyć? Mrugam szybko i wzdycham, wszystko analizując.
- Nie jesteś głodna? Na pewno dawno nie jadłaś nic ciepłego. - mówi i siada naprzeciwko mnie na krześle. Przez chwilę milczy po czym znów mówi. Budzi się we mnie coś dziwnego. Mam wrażenie, że nie jest to nic dobrego, ale czuję przyjemność. Zamykam oczy i pochylam głowę. - Doskonale rozumiem ciebie i twoją koleżankę. Wiem, przez co musiałyście przejść, co czujecie. - przeginała strunę wspominając o tym. Zacisnęłam dłonie i powoli wypuściłam powietrze. - Dwa lata, rok... to szmat czasu. Nie wytrzymałabym gdyby jakiś obcy mężczyzna robił mi takie rzeczy... Chyba bym umarła. - mówi szybciej, a ja tracę nad sobą kontrolę. Jak piorun podbiegam do wózka na kółkach, łapię talerz i ciskam nim o podłogę. Wydaję z siebie pisk i kopię w wózek, przewracając go na podłogę. W sali pojawia się osoba trzecia, facet w granatowym uniformie. On i dziewczyna mają zdezorientowane wyrazy twarzy, ale oboje zachowują spokój. Ja natomiast warczę przez zaciśnięte zęby, próbując uspokoić swoje nerwy.



                                                    ~ LOUIS ~

 Siedzi na białej pościeli i uśmiecha się kpiąco. Patrzę na nią i staram się ją rozgryźć. Nalewam jej zupy na talerz i stawiam na stoliku. Zerka na strawę i po chwili rzuca się, by zanurzyć w niej łyżkę i spróbować. Widzę błogość na jej twarzy. Musiał ich głodzić. Czuję do niej pewną niechęć, ale jestem też zaintrygowany.
- Bianca - mówię, siadając obok niej na łóżku. Patrzy na mnie. Nie odzywa się, bo usta ma wciąż zajęte zupą. Obserwuję, jak je. Tak, jakby jadła zupę pierwszy raz.
- Chcesz pogadać? - pytam, kiedy kończy obiad. Marszczy nos, co mnie irytuje.
- Nie wiem. - mruczy. - Ale chcę jeszcze zupy. - Patrzy na mnie, wzdycham i dolewam jej zupy. Tym razem nie je tak szybko.
- Co jadłaś ostatnio?
Chwilę nie odpowiada.
- To... chyba groszek. - chwilę się zastanawia. - Tak, to był groszek. - Kiwa głową, jakby zgadzała się sama ze sobą.
- Kiedy?
- Trzy dni temu? A może pięć? - przykłada palec do nosa. - Na pewno nie wczoraj.
Znów zanurza łyżkę w zupie. Milczę przez jakiś czas.
- Smakuje ci? - pytam, bo wygląda na to, że staje się nieco rozmowna.
- No. - cmoka.
- Co chciałabyś robić? - jest dziś ostatnią osobą, którą się zajmuję, więc mogę poświęcić jej więcej czasu.
- Jeść. - uśmiecha się chytrze. Pociągam nosem i patrzę na nią z ukosa. Jest chuda, ale nie wygląda jak anorektyczka. Widocznie jej organizm zdołał się dostosować do kiepskiego wyżywienia, bo Odriee jest od niej chudsza, mimo tego, że spędziła w zamknięciu mniej czasu. Nagle nachodzi mnie myśl, że mogły przecież walczyć o jedzenie i może Bianca zazwyczaj wygrywała. Zagryzam policzek od środka.
- Dużo jadłaś? - pytam. Odwraca do mnie głowę, ale patrzy na moje dłonie. Zerkam tam, gdzie ona, ale nie widzę nic szczególnego.
- Bardzo mało. - szepcze i zjada kolejną łyżkę zupy.
- A Odriee? - dodaję ostrożnie.
- Kim jest Odriee? - marszczy czoło, a pomiędzy jej brwiami pojawia się mała zmarszczka.
- Twoja koleżanka. Ta, z którą spędziłaś ostatni rok. - wyjaśniłem. Przywykłem już do wariatów, lecz ona na taką nie wygląda.
- Oh. - przygryza wargę w zamyśleniu i patrzy na swój talerz. - Piękne masz imię, Ali. - odzywa się, chyba sama do siebie, ale słyszę dokładnie, co mówi. - Ona też jadła. - patrzy na mnie z bólem.
- Tyle ile ty? - drążę. Wzdycha. Połyka kilka łyżek zupy, zanim odpowiada.
- Więcej. Mniej. Tyle samo. Różnie. - kolejne kilka łyżek. - Zależy.
- Zależy od czego?
Mruga jasnymi rzęsami i potrząsa głową, jakby chciała pozbyć się złych myśli.
- Oh, rozumiem. - kładę dłonie na pościeli, po bokach moich ud.
- Lubisz mnie? - pyta, obserwując mnie bystrym spojrzeniem. Nieco mnie zatyka. Chwilę się zastanawiam, o co może jej chodzić.
- Lubię. Ale tak trochę. Muszę cię lepiej poznać, żeby cię bardziej polubić. - uśmiecham się. Unosi lekko jeden kącik ust.
- Ja ciebie lubię. - mówi i dotyka opuszkiem palca wskazującego i środkowego mojej ręki. Ma bardzo ciepłe dłonie, zagrzane od talerza, który wciąż trzymała, jakby się obawiała, że jej go zbiorę.
 Przysuwa się nieco bliżej i podnosi moją rękę. Nie oponuję. Pozwalam jej prześledzić palcem moją linię życia.
- O co chodzi? - Pytam w końcu. Mimo wszystko czuję się nieco niezręcznie.
- Masz delikatne dłonie. Ciepłe. - informuje mnie. - Lubię twoje dłonie. - oznajmia, po czym wstaje i podchodzi do okna.
- Chcę jutro zjeść śniadanie - mówi, ale nie wiem, czy jest to skierowane do mnie, czy do nieba.
- Zjesz. I jutro i po jutrze i codziennie będziesz jeść śniadanie. - uśmiecham się do jej pleców. Kiwa lekko głową. Zabieram talerz i łyżkę, przykrywam garnek z wystygniętą już zupą i podnoszę się.
- Do jutra. - żegnam się. Odpowiada mi cisza.
 Wychodzę i kieruję się korytarzem do kuchni, gdzie spotykam się z Harrym. Opowiada mi o męczącym Bezimiennym. Tak nazywamy pewnego mężczyznę, który trafił tu trzy lata temu i nigdy się do niego nie odezwał. Nikt go nie zna i nie udało się znaleźć jego rodziny. Jest więc Bezimiennym.
 Słucham przyjaciela, ale myślami jestem przy blondynce. Irytuje mnie. Wolałbym zajmować się brunetką, ale los zesłał mi blondynkę. Myję ręce w starym zlewie i zastanawiam się, co jutro przyniosę jej na śniadanie.
 Chciałbym przefarbować jej włosy.



_________________________________________________________________________________


Hej, hej rozdział 4 skończony :D
Podoba się? Bo nam nawet nawet ;)
Czekamy na komentarze,
Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.


niedziela, 11 października 2015

Rozdział 3 Really you did this

Muzyka: Charlie Puth - I won't tell a soul

Znów siedzę tutaj samotnie
Czekam aż przyjdziesz mnie zobaczyć.
Czas mija
W mgnieniu oka
Wiem, że to ja pójdę cię jakoś zobaczyć.

Siedzisz w domu kolejną noc
Czekasz na kogoś, kto cię obejmie.
Czas upływa
rzeczywiście tak szybko.

                                                                ~ BIANCA ~

                                                                     
 Budzi mnie znajomy dźwięk, który sprawia, że zrywam się na nogi i odsuwam pod samą ścianę. Ali reaguje gwałtowniej, wstaje z materaca, ale przewraca się, kiedy próbuje do mnie podejść. On natychmiast to wykorzystuje, łapie ją za rękę i znów ciągnie w stronę schodów. Robię to, co zwykle.
 Podbiegam i łapię ją za drugą rękę, odwlekając to, co nieuniknione. Ale dziś coś jest nie tak. Coś nie pasuje. On jest zły. Jest potwornie wkurzony. Wygląda, jakby niesamowicie mu się spieszyło.
- Nie dziś. - warczy do mnie. - Dziś. Muszę was zabić. - puszcza Ali i wyciąga nóż zza paska.
- Miałem nadzieję, że obędzie się bez rozlewu krwi. - zwrócił się do Ali i zamierzył się nożem. Wszystko działo się tak nagle. Jak w amoku, rzuciłam się do przodu, starając się odtrącić dziewczynę z zasięgu noża. W następnej chwili czułam palący ból w ramieniu. Upadłam na podłogę i zobaczyłam mroczki przed oczami. Oprawca warknął gardłowo i już miał się zamachnąć na mnie, kiedy Ali naparła na niego całym swoim ciałem i wykorzystując chwilę zaskoczenia, wyrwała mu nóż. Stała, dysząc ciężko, naprzeciwko niego, ściskając narzędzie w dłoni. Uśmiechnął się pobłażliwie, ale w jego oczach dostrzegłam strach. Podniosłam się ostrożnie.
- Spokojnie, kochane. Przecież poza mną nikogo nie macie. Co powiesz na taki układ? Ty odłożysz teraz nóż, a ja was nie zabiję. Co ty na to? To chyba uczciwe, prawda?
Traktował ją, jak dziecko. Jakby nic nie rozumiała, jakby była tylko nic nie wartym zwierzęciem. Zobaczyłam w jej oczach coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam. Była wściekła. Nie było tam nic, poza nienawiścią i chęcią mordu. Zrobiła krok do przodu.
- Hej, daj spokój. Przecież nie chcemy żeby ktoś umarł, prawda? - zaśmiał się nerwowo, unosząc ręce. Ali warknęła cicho. Klatka piersiowa unosiła się i opadała bardzo szybko. Pierwszy raz widziałam taką Ali. W jednej chwili uniosła rękę i wbiła mężczyźnie nóż w pierś, po czym przekręciła go i wyciągnęła. Lekko rozchylił usta w geście zdziwienia, po czym runął na ziemię, wijąc się w agonii. Stała nad nim, groźna i majestatyczna. Jej oddech zwolnił, a plecy zgarbiły się. Usłyszałam szczęk metalu uderzającego o beton. Padła na kolana i przyłożyła palec do jego szyi. Przez jakiś czas się nie poruszała, po czym wstała i odwróciła się w moją stronę. Jej oczy mówiły jedno: "Nie żyje".
 Miałam ochotę rzucić się jej na szyję. Jesteśmy wolne. Po dwóch latach gnicia w tej dziurze, wreszcie mogę wyjść na zewnątrz i popatrzeć na słońce.




                                                                    ~ HARRY ~

 Pogoda nie poprawiła się. Było jeszcze gorzej niż wcześniej. Miałem dość patrzenia, jak Londyn ginie w ciemnościach. Wyrzuciłem niedopałek i zgniotłem go podeszwą buta. Wróciłem do budynku.
Gdy przechadzałem się korytarzem, spotkałem panią Hetfield. Była trochę zdenerwowana. Pędziła w stronę salki dla pracowników. Pewnie znowu ktoś zrobił coś, co nie spodobało się pani dyrektor. To normalne. Z racji tego, że skończyłem robotę, udałem się do szatni. Masując kark otworzyłem metalowe drzwiczki mojej szafki. Pisało na nich "SMITH". Nie lubię kiedy ktoś do mnie mówi po nazwisku. Wtedy czuję się tak dziwnie, a dosyć często ludzie się właśnie tak do mnie zwracają. ''- Smith, chodź tu. Smith, przynieś mi to i tamto i jeszcze inne duperele."
 Zdjąłem z wieszaka swoje ubrania, po czym rzuciłem je na ławeczkę. Zwinnym ruchem ściągnąłem z siebie brudny, niegdyś biały T-shirt, odsłaniając swój tors, przyozdobiony tatuażami. Mimo tego, że raczej jestem 'grzecznym chłopcem' to lubię takie rzeczy, jak dziary. Jakieś trzy lata temu miałem kolczyk w brwi, ale ze względu na pracę, wciągnąłem go. Mimowolnie opadłem na ławkę. Cały opadałem z sił. Bez przesady mogę stwierdzić, że to był okropnie ciężki dzień. Jedyne, o czym potrafiłem myśleć, to miękkie łóżko i sen. Gdy moje powieki lekko zamykały się, ktoś szarpnął za klamkę i wszedł do szatni. Leniwie spojrzałem w stronę drzwi.
- Um, Harry. - zaświergotała Pagie, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. W odpowiedzi uśmiechnąłem się. Nie miałem ochoty na rozmowy. Z nikim.
- Już skończyłeś pracę? - zapytała ciekawa, otwierając kluczykiem swoją szafkę. Skinąłem, naciągając czarny podkoszulek na nagi tułów. Dziewczyna cicho mruknęła ''oh'' i zamilkła. Zabrałem swoją torbę, zamknąłem szafkę i podszedłem do drzwi.
- Do jutra, Harry. - mówi i macha dłonią na pożegnanie, po czym zakłada kosmyk blond włosów za ucho. Przez kilka sekund wpatruję się w jej łagodną twarz. Jest taka normalna, miła, ma ładną, choć trochę dziecięcą urodę. Nie rozumiem, dlaczego Lou jest do niej taki wrogi. Cóż, nie mój problem. Może kiedyś będzie szansa, że zaproszę ją do kina. Otrząsam się i powtarzam gest dziewczyny.
- Do zobaczenia, Pagie. - mówię i opuszczam mury szpitala.

Jechałem samochodem gdy nagle deszcz zaczął spływać z przednich szyb. Wycieraczki nie nadążały, a ja widziałem coraz mniej, dlatego dla bezpieczeństwa zjechałem do najbliższej stacji. Zatankowałem i cały mokry wróciłem do środka. Otarłem dłonią mokre czoło i włożyłem kluczyki do stacyjki, ale nie odpaliłem. Zainteresowało mnie to, co mówili w radiu.
''- Po dwóch latach poszukiwań policja w końcu odnalazła zaginione Biancę Luca i Odriee Moore. Dziewczyny przez długi czas były więzione w podziemnej piwnicy, gdzie prawdopodobnie były molestowane przez Jeams'a R., który nie żyje od kilku godzin. Mężczyzna prawdopodobnie został zamordowany przez jedną z dziewczyn. Nasi dziennikarze starają się dowiedzieć czegoś więcej w związku z tą sprawą. Dziękujemy za uwagę i życzymy dobrej nocy. Radio RED ONE FM." Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w rozmazany świat za szybą. Czułem się jakoś zadowolony z tych wieści. Mimo tego, że nie znam tych dziewczyn, to szkoda mi ich było. Wiem, że to może będzie trochę, hm... nie życzliwe, ale dobrze się stało. Ten facet zniszczył im życie. Już nigdy nie będą mogły normalnie myśleć, patrzeć na świat. Będą bały się ludzi, dotyku, słów...
 Gdy usłyszałem za sobą klakson, wyrwałem się z myśli. Odpaliłem samochód i odjechałem wjeżdżając w kałużę, a przy tym ochlapując czyjś motocykl. Oczywiście nie celowo. Niech człowiek mi wybaczy, jestem dziś chodzącym trupem.


                                                                 ~ BIANCA ~

 Mam ochotę krzyczeć. Do tej pory sobie radziłam. Gromadziłam w sobie mnóstwo uczuć, które tylko w części były uwalniane. Miarka przebrała się, kiedy On padł martwy. Teraz siedzę w samochodzie policyjnym, obok mnie Ali patrzy w okno, ze spokojem wymalowanym na twarzy. Ona czuje wolność.
 Ja przez całą drogę kopię w przedni fotel. Policjant stara się zachować spokój, ale co chwilę krzyczy na mnie, bym się uspokoiła. To tylko pogarsza sprawę. Chcę się stąd wydostać. Nie chcę być już więziona. Dlaczego po prostu nie wypuszczą mnie na łąkę z konwaliami, tak jak prosiłam? To taki problem? Nikomu bym nie przeszkadzała. Leżałabym tylko na trawie i jadła owoce z drzew.
 Ali nie zwracała na mnie uwagi. Albo tylko udawała, że to co robię jest normalne. Cieszę się, że nie patrzy na mnie, jak na wariatkę.
 Jestem wariatką. Jestem cholerną wariatką. Powinnam teraz wylegiwać się na łące, wśród konwalii, a nie siedzieć w radiowozie.

                                               ஐ ஐ ஐ

 Auto zatrzymuje się, a ja nie przestaję kopać w siedzenie. Policjant przede mną mówi coś do kierowcy, ale nie zwracam uwagi. Kierowca wysiada i zamyka za sobą drzwi.
 Podczas jego nieobecności opadam z sił i przestaję kopać. Chcę tylko stąd wyjść. Spoglądam na klamkę w złudnej nadziei, ale gdy za nią pociągam, okazuje się, że drzwi są zamknięte. Policjant patrzy na mnie w lusterku, ale nie odzywa się, jakby nie chcąc pogarszać sytuacji. Zamykam oczy. Oddycham przez usta i staram się zapanować nad emocjami. Uspokajam oddech i otwieram oczy. Policjant odwraca się w moją stronę.
- Uspokoiłaś się? - pyta normalnym głosem. Patrzę chwilę w jego nienaturalnie niebieskie źrenice. Nie chcę mu odpowiadać. Boję się go. Kiwam tylko głową.
- Dobrze. - uśmiecha się, nawet przyjaźnie, tak jakbym przez ostatnie pół godziny nie waliła nogami w jego fotel. Nagle drzwi po obu stronach otwierają się i zostaję wyciągnięta siłą z samochodu. Ktoś naciska kolanem na moje plecy, niemal pozbawiając mnie tchu. Czuję zimny metal na nadgarstkach i zaczynam krzyczeć. Tak głośno, jak tylko potrafię. Krzyczę, żeby mnie wypuścili. Tak strasznie boję się kajdanek, policjantów, samochodów, bólu. Pośród moich błagań słyszę inny krzyk.
- Zostaw ją idioto! - jakaś biała postać podbiega i odtrąca policjanta, który mnie trzymał. Przestaję krzyczeć, kiedy metal opuszcza moje nadgarstki i nasłuchuję, leżąc.
- Wyrywała się, proszę pana. Jest nieobliczalna.
- Żebym ja zaraz tobie nie wyrwał stanowiska. Adamson! Podejdź no i zajmij się należycie tą biedną dziewczyną.
 Delikatne dłonie pomagają mi wstać. Patrzę na mężczyznę, zupełnie nie pasującego do tych dłoni. Jest dobrze zbudowany, ma groźny wyraz twarzy i ciemny zarost. Uśmiecha się, a wokół oczu pojawiają się drobne zmarszczki.
- Chodź ze mną, jesteś już bezpieczna. - delikatnie opiera dłoń na moich plecach i prowadzi w stronę komisariatu. Obok widzę Ali, prowadzoną przez wysoką blondynkę. Ali jest spokojna i patrzy na nią z ciekawością, słuchając co mówi.
 Policjant wprowadza mnie do środka i wskazuje białe drzwi.
- Tam na chwilę poczekasz, dobrze? - nie odpowiadam, więc zaprowadza mnie do pomieszczenia, które wygląda na salę przesłuchań i sadza mnie na krześle.
- Zaraz ktoś do ciebie przyjdzie.
Wychodzi, a ja znowu jestem w zamknięciu. Rozglądam się po względnie ciemnym pomieszczeniu. Zerkam za szybę i widzę dwóch policjantów i jedną policjantkę. Obserwują mnie i rozmawiają, pochylając się ku sobie. Chcą zobaczyć, czy zachowuję się jak wariatka. Niewzruszona wstaję i zapalam światło. Potem siadam i jakby nigdy nic czekam, aż coś się wydarzy. Wreszcie policjantka wchodzi, a za nią inny policjant, który zamyka drzwi i zakłada ręce, patrząc przed siebie z kamienną twarzą. Patrzę na niego, zaintrygowana.
- Nie przejmuj się nim. - mówi przyjaźnie policjantka. Ma brązowe włosy, związane w wysoki kucyk i długie rzęsy. Kiedyś często zwracałam uwagę na kobiece rzęsy. Lubię kiedy są ładnie podkręcone, tak jak u tej policjantki.
- Nazywam się Hanna Abbot i chcę z tobą porozmawiać. - zaczęła, kiedy już usiadła, kładąc przed sobą teczkę z moimi danymi. Nie zastanawiałam się skąd je ma. Po prostu słuchałam, co mówi, przytakując czasami głową.
 Podniosłam nogi, oparłam je na siedzeniu i oplotłam rękami, kiwając się miarowo w tył i w przód. Jestem wariatką, jestem dzieckiem. Jestem zwierzęciem. Nie chcę się odzywać. Nie chcę opowiadać wstydliwych wydarzeń z przeciągu dwóch lat. To dużo czasu. Można postradać zmysły. Chcę, by zamknęli mnie w psychiatryku, gdzie będę sobie siedziała w małym pokoju, z kratami w oknach, krzycząc ile zechcę, już nigdy nie dotknięta przez żadnego mężczyznę. Chcę po prostu spokoju.
 Nagle przestaję się kołysać. Opuszczam nogi i patrzę uważnie na policjantkę. Otwieram usta i wypowiadam trzy słowa.
- Chcę do psychiatryka.


_________________________________________________________________________________

Hej, hej!
Czyżby to rozdział 3? Tak, jak najbardziej :D
Podoba się? Jakieś uwagi? Komentujcie, to bardzo motywuje :D 
Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.



sobota, 3 października 2015

Rozdział 2 When you broke me

Muzyka Demi Lovato - Warrior


Naprawdę kocham
To nienawidzić  
Kocham nienawidzić
Nienawidzę miłosnych relacji
To przesądzone
Nad moim martwym ciałem
Właśnie tak się to skończy
Powiedział, że to koniec
A ja mogę iść po
Kolejną szansę
By zaczynać to wszystko od nowa

                                                                         
                                                                ~ ODRIEE ~

 Palcem wskazującym dotykam swojego obolałego policzka. Gdy naciskam na zranioną skórę syczę cichutko, bojąc się, że ten zły człowiek mnie usłyszy i wróci tu.
 Siadam w ciemnym kąciku i opieram głowę na ugiętych kolanach. Patrzę z boku na oświetlony kawałek podłogi. Mała żarówka, która wisi na kabelku, kołysze się lekko. Cały czas podążam wzrokiem za jedynym światłem, jakbym była  pod wpływem hipnozy. Patrzę uważnie, myśląc nad sensem życia. Bardzo często o tym rozmyślam, odkąd tu jestem.
Z prochu powstaliśmy. Rodzimy się by żyć, a żyjemy po to, by kiedyś dać życie innym. Zaczynamy od raczkowania, kończymy z balkonikiem. Zmieniamy się. Przedłużamy nasz gatunek, a wraz z czasem zmieniamy także i świat. Nic nigdy nie pozostaje takie same.
 Staramy się osiągać sukcesy w szkole, potem w pracy. Chcemy być najlepsi, pragniemy szczęścia. Szukamy  światła. Jesteśmy jak statki w nocy. Szukamy latarni, która wskaże nam dobrą drogę. Niestety nie każdy jest mocnym statkiem. Niektórzy z nas błądzą po oceanie, którym jest życie. Rozbijają się o skały, góry lodowe, które są naszymi problemami. Brakuje nam światła, które jest pomocą. Naszym wskaźnikiem do celu. Poddajemy się i wolimy zatonąć. Skończyć jak Titanic.
 Mimo bólu, mimo cierpienia, mimo tęsknoty... Wiem, że kiedyś znajdę swoją latarnię, która pomoże mi dopłynąć do lądu. Teraz muszę tylko żyć ze świadomością, że kiedyś będzie dobrze. Nie wiem kiedy, co czasami sprawia, że mam ochotę zasnąć i już nigdy nie otworzyć oczu, ale wiem jedno...
 Nie zostałam przypadkiem stworzona. Moje życie nie jest przypadkiem. Tak jak każdy, obrócę się w proch.
 Wstaję z zakurzonego betonu i siadam po turecku przy oświetlonym kawałku podłogi. Bawię się, robiąc różne cienie palcami. Słabo mi to wychodzi...
Jestem tak zajęta moją zabawą, że nie zauważam kiedy Bianca siada obok mnie. Spoglądam na dziewczynę i zawstydzam się. Pewnie wyglądałam idiotycznie, bawiąc się palcami. Całe dnie, spędzone w ciemnej piwnicy robią ze mnie kogoś innego. Czuję to.
- To był króliczek, tak? - pyta uśmiechnięta, a ja kiwam głową.
- Nieźle ci to wychodzi. - mówi, po czym sama próbuje odpowiednio ułożyć palce, by stworzyć coś podobnego do królika. Próbuję przełknąć uczucie, które sprawia, że chcę się roześmiać. Odwracam wzrok i zaciskam zęby. Po chwili ochota na śmiech mija, a ja znów patrzę, jak Bianchi stara się stworzyć zwierzaka. Blondynka wzdycha i podbiera głowę ręką, zrezygnowana.
- Żenada, nie potrafię - mruczy i bawi się skrawkiem koszuli. By pokazać jej, jak bardzo jestem uzdolniona, wyciągam dłoń nad światło i z palców tworzę psa. Dziewczyna kątem oka spogląda na moje dzieło i przewraca oczami.
 - No dobra już się nie popisuj. - mówi w żarcie i lekko mnie szturcha w ramię.



                                                                    ~ LOUIS ~

 Zaciągam się rześkim powietrzem, zadymionego Londynu i udaję, że jest świetnie. Wyciągam ręce nad głowę, staję na palcach i rozciągam się, aż słyszę, jak przeskakują mi stawy. Słyszę śmiech za plecami, więc wracam do normalnej pozycji i odwracam się. Za mną stoi niewysoka blondynka. Lekko marszczę czoło, czego ona nie zauważa. Podchodzi, staje obok mnie i opiera się o barierkę, na dachu psychiatryka.
- Przyjemnie tu. - zagaduje.
- To psychiatryk. - mówię, jakby była małym dzieckiem. Odwraca do mnie głowę i pociąga cicho nosem.
- Jakbym nie wiedziała.
Nie odzywam się już do niej, czym najwyraźniej jest zawiedziona. Słyszę, jak wzdycha, po czym odbija się od barierki i odchodzi bez słowa. Wyciągam z kieszeni do połowy pustą paczkę papierosów i wyciągam jednego. Wsadzam go do ust, ale nie zapalam. Po chwili wyciągam zapalniczkę i patrzę na mały płomień. Przypomina mi się dzieciństwo, spędzone na wsi, na kolanach babci przed kominkiem. Lubiłem, jak opowiadała mi historie ze swojej młodości. Dziadek przysłuchiwał się temu i śmiał się z niej, a czasem coś dodawał, kiedy babcia dochodziła do tej części, którą spędzili razem. Nigdy nie poznałem swoich rodziców. Oboje zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miałem niecały rok. Byłem wtedy u dziadków i czekałem, aż wrócą, by mama mogła mnie nakarmić, a potem zabrać do domu, w mieście obok. Jednak nigdy tego nie doczekałem, a dom dziadków stał się moim domem.
 Parzę sobie palec i upuszczam zapalniczkę, która spada kilka pięter w dół i roztrzaskuje się na chodniku. Patrzę chwilę na nią i wypluwam papierosa, który leci w jej stronę. Jeszcze przez kilka minut stoję i obserwuję ludzi, mijających szary budynek, szerokim łukiem.


                                                ஐ ஐ ஐ


 Kiedy wracam do środka zauważam, że Harry siedzi w dużym pokoju, obok niego blondynka z dachu i oboje oglądają telewizję. Pacjenci nigdy nie są zainteresowani tym, co puszczają w telewizji, szczególnie kiedy są to wiadomości. Tak jak i teraz. Siadam z drugiej strony Harry'ego i chcę się odezwać, ale kiwa ręką, żebym się zamknął.
 Prycham cicho i wsłuchuję się w głos spikerki.
"- Policjanci natrafili na nowe ślady, w sprawie poszukiwań dwóch dziewczyn, które najwyraźniej zostały porwane przez tą samą osobę, chodź w różnych odstępach czasu. Bianca Luca została porwana dwa lata temu, a Odriee Moore rok temu. Do tej pory obie były uznawane za zaginione. Obu dziewczyn nic nie łączyło, poza młodym wiekiem. Więcej informacji na temat poszukiwań w wydaniu wieczornym"
Spojrzałem z ukosa na Harry'ego, który wpatrywał się w zdjęcia dziewczyn, pokazane na ekranie. Obie były młode, jedna wyglądała na około 15 lat, druga na trochę starszą.
- O co chodzi Harry? - zmartwiłem się. - Przecież takie rzeczy się ciągle dzieją.
- Sam nie wiem. - mruknął, a blondynka położyła mu rękę na ramieniu. Uśmiechnął się lekko pod nosem. Prychnąłem i wstałem, by zająć się swoją pracą. Dochodziła pierwsza, czyli czas podać pacjentom obiad. Ruszyłem do kuchni, skąd zabrałem metalowy wózek, który kucharka nałożyła stos talerzy, koszyk z łyżkami i dwa garnki, jeden pachnący rosołem, a drugi groszkiem.
 Przeszedłem się korytarzem, w którym znajdują się pacjenci,  którymi się zajmuję odkąd tu przyszedłem.
Zacząłem, jak zawsze, od końca, czyli od pani Goldenrose, która nie odzywa się do nikogo od śmierci męża. Lubię z nią rozmawiać. Zapukałem cicho do drzwi, co nie było konieczne, a raczej było głupie, bo i tak są zamknięte, a klucz mam ja. Mimo wszystko staram się, by moi podopieczni poczuli się tu choć trochę jak w domu.
- Witam ponownie, proszę pani. - przywitałem się, z uśmiechem. Podszedłem do siwej kobiety, siedzącej na zielonym fotelu, patrzącej przez kraty w oknie na rozbiegany Londyn.
- O proszę - ucieszyłem się, otwierając pokrywę pierwszego garnka. - Dziś rosół, pani ulubiony. Zjemy trochę, prawda?
Odwróciła do mnie głowę i wstała z fotela. Podeszła do łóżka i usiadła na nim, przysuwając do siebie mały stolik. Położyłem na nim talerz z zupą i jak zwykle nalałem też trochę sobie. Ona nie zje, jeżeli nie będę jadł razem z nią. Złożyła ręce i jak zwykle czekała, aż się pomodlę. Nie jestem zbyt religijną osobą, ale robię to, czego oczekuje. Wyraźnie wypowiadam kilka słów, dziękując Bogu za dzień i za posiłek, na koniec mówię "Amen" i od razu otwieram oczy. Kobieta porusza ustami swoje "Amen", ale nie wypowiada ani słowa. Garbię się nieco. Zjadamy w posiłek, a ja przez cały czas opowiadam, co dziś robiłem. Wiem, że mnie słucha, ale patrzy tylko na swój talerz. Kiedy kończymy podnoszę pokrywę z drugiego garnka, w którym znajduje się papka z groszku, którego nienawidzę. Krzywię się od samego zapachu i zauważam, że staruszka powtarza ten gest.
- Pani też nie ma ochoty? - pytam. W odpowiedzi patrzy na mnie wyczekująco.
- Ok, zapiszę sobie, żeby nie przynosić pani groszku. Czy jeszcze rosołku zamiast tego?
Ale ona już wstaje i rusza z powrotem na swoje miejsce w fotelu. Żegnam się i ruszam, dalej, w każdym pokoju spotykając się z różnymi chorobami i każdą osobę traktując inaczej, jednak zawsze z taką samą sympatią.
 Kiedy kończę opadam na kanapę w dużym pokoju, gdzie nadal znajduje się kilka pacjentów, którzy wolą jeść razem z innymi. Po chwili dołącza do mnie Harry. On ma cięższą pracę ode mnie. Jest tu rok dłużej i ma większe doświadczenie, więc zajmuje się pacjentami, którzy są bardziej niepoczytalni i nieprzewidywalni, niż moi. Ociera spocone czoło i patrzy na swoje dłonie.
- Znów jakaś ciężka akcja? - zagaduję. Wzdycha ciężko.
- A żebyś wiedział, stary. - nie rozwija tematu, więc go nie naciskam i siedzimy, rozmawiając o powszechnych rzeczach, takich jak pogoda i wynik ostatniego meczu.



                                                                  ~ ODRIEE ~


 Razem z Bianką leżałam na jednym materacu, który spokojnie mieścił nas obie. Dziennie dostajemy dwie szklanki wody i trochę jedzenia. Czasami gdy mężczyzna jest w złym humorze to głodujemy kilka dni, dlatego jesteśmy wychudzone. Moje obojczyki i inne kości są mocno widoczne, co wcale mnie nie cieszy. Kiedyś marzyłam o widocznych kościach, a teraz czekam na dzień, w którym trochę utyję. Podkładam dłonie pod głowę jako oparcie i słucham opowieści Bian. Historyjki, które wymyśla blondynka są najlepsze. Chętnie ich słucham, szczególnie po złym dniu.
- Dobra, to teraz o czym mam opowiadać? - pyta, ale ja jak zawsze nie odzywam się. Wzruszam ramionami i czekam na potok słów dziewczyny. Zamykam oczy i uśmiecham się.
 - Um, no więc... To będzie trochę inna historia niż te wszystkie, które ci opowiadam. - mówi, a ja już nie mogę się doczekać. Po chwili Bianka wypowiada pierwsze słowa, dzięki którym czuję ciepło.
 - Wyobraź sobie Święta Bożego Narodzenia. Z nieba sypie się śnieg, okrywa trawę, drzewa, domy... Puch spada na twoje zaczerwieniałe policzki, na twój nosek. Patrzysz na dużego bałwana, którego sama ulepiłaś. Ma on kolorowy szalik, a kawałki węgla służą za guziki od niewidzialnego płaszcza. Na koniec dodałaś jeszcze jedną rzecz, bez której bałwan nie byłby bałwanem. Wbiłaś prosto w środek jego białej twarzy, marchewkę! - lekko podskoczyłam gdy podniosła głos, ale zaraz wydałam z siebie coś co miało być bezdźwięcznym chichotem.
 - Wróciłaś do domu, w którym było cieplutko i przyjemnie. Twój tata rozpalał ogień w kominku, a mama krzątała się w kuchni, starając się, by wigilijna kolacja była dziełem w oczach reszty domowników. Zajrzałaś do pokoju dziennego. Tam na okrągłym stole stała waza z barszczem i taca, którą zdobił indyk. Twój brat... - urwała niepewna. - Masz rodzeństwo?
Nie mam brata ani siostry, ale kocham mojego młodszego o pięć lat kuzyna Chrisa. Traktuję go jak brata, a przynajmniej... traktowałam.
- Nie ważne. Załóżmy, że masz brata, który nazywa się Cody.
Od razu w mojej głowie powstaje obraz niskiego chłopca ze złotymi loczkami.
- Chłopczyk kręci się wokół stołu i od czasu do czasu podkrada kilka pierników. Cody chowa smakołyki do kieszeni, świeżo kupionych, eleganckich spodni i znika z pełną buzią ciasteczek. Nadszedł czas kolacji. Przyjechały babcie, dziadkowie, ciocie, wujkowie i liczne kuzynostwo. Na dobry początek wieczoru wszyscy zaczęli śpiewać kolędy. - wszystko było takie piękne, wręcz prawdziwe. Miałam wrażenie, że jestem w swoim domu i czuję to ciepło ognia. Czułam zapach przepysznych ciasteczek Buni. Mocno wciągnęłam powietrze nosem, ale zamiast wypieków babci, poczułam świerk. Oszalałam? W piwnicy nie ma żadnego drzewka, a nawet gdyby było, to uschło by.
- Dziewczynki! - usłyszałam głos, który wołał nas zza drzwi. To był on. Moje serce zaczęło łomotać tak mocno, że niemal wyczuwałam je pod skórą. Metalowe drzwi otworzyły się z hukiem, a po chwili z ciemności wyłonił się potwór. Nasz koszmar. Zaskomlałam i złapałam szybko za ciepłą dłoń Bianki. Dziewczyna wyrwała się i objęła mnie dłońmi. Czułam, że chce mnie ochronić.
- Drogie panie, to nie będzie trwać długo. - zarechotał i zbliżył się na tyle blisko, że mogłam poczuć zapach papierosów. - To która dziś? Ene due like... - wyliczał i wskazywał nas palcem. - Fake. - jego brudny paluch spoczął na mojej osobie, a usta wykrzywił w szatański uśmiech. Nabrałam powietrza zdenerwowana, ale ulżyło mi. Bianca wystarczająco dużo już wycierpiała. Ona jest jedynym moim oparciem. Nie mogę jej stracić.
- Zostaw ją. - warknęła Bian, ściskając mnie mocniej. To tylko rozbawiło tego kryminalistę.
- Zamknij się, szmato. - błyskawicznym ruchem złapał za moją nogę i szarpnął w swoją stronę. Bianca starała się go powstrzymać, ale on jednym ruchem pozbył się problemu. Dziewczyna leżała na podłodze z przyłożoną dłonią do nosa, gdy ja drapałam paznokciami o beton. Z moich oczu wypłynęły łzy.
Ostatnie spojrzenie, które posłała mi pobita blondynka mówiło: "Błagam. Wybacz mi."
 Zniknęłam za drzwiami. Starałam się wyrwać mu, udało mi się go nawet uderzyć w czułe miejsce, ale to wcale nie pomogło. Wściekł się i znów dostałam. Czułam ciepło krwi, która wypływała z mojej wargi. Niestety, to nie było najgorsze. Piekło zaczynało się w tym pustym, małym pomieszczeniu, w którym on nam to robił. Brzydziłam się samej siebie.
 Za każdym razem, gdy on zabierał to, co należało do osoby, którą naprawdę pokocham, zamykałam oczy. Wyobrażałam sobie, że to tylko koszmar. Niestety to rzeczywistość.
 I znów los rozdziera moje uczucia.


_________________________________________________________________________________


Koniec rozdziału II! Jak emocje?
Ciekawi dalszych losów bohaterów? No my mamy nadzieję :) 
Rozdział III już niedługo się pojawi. Czekamy na wasze opinie i uwagi! 
Do następnego! 
~ Obli Viate
~ Carrie SS.

sobota, 26 września 2015

Rozdział 1 Cry, again and again


Muzyka Avril Lavigne - My happy ending

 To nie jest tak, jakbyśmy umarli?
Czy to było coś, co ja zrobiłam?
Czy to było coś, co ty powiedziałeś?
Nie zostawiaj mnie wiszącej
W mieście tak umarłym
Schwytanej tak wysoko
Na takiej łatwej do przerwania nici


                                                                ~ BIANCA ~


 Łapie mnie za włosy i ciągnie, gdy zataczam się i prawie upadam. Zaciskam zęby i staram się nie krzyknąć. Muszę być posłuszna. Im szybciej zrobię to, czego chce, tym prędzej zostawi mnie w spokoju. To, co on robi jest złe. Nie znam jego imienia. Nie wiem, gdzie mieszka, czy ma rodzinę, lub jaką pije rano kawę. Wiem tylko, że jest zły. Jest tak zły, jak tylko zły może być człowiek. Ma brodę. Niedługą, zadbaną, ciemnobrązową. Włosy są obcięte na rekruta, w tym samym, ciemnym kolorze. Jego dłonie są zimne i szorstkie. Nosi tylko czarne skarpetki i często drapie się w przedramię. Lubi dominować i rządzić. Lubi mieć władzę.
 Ponownie szarpie mnie za włosy, ale zaraz puszcza i padam na ziemię. Wiem, co zaraz się stanie. Ściąga spodnie, a mnie przechodzą dreszcze. Czy ten moment nie powinien być przyjemnością dla obu stron? Warczy gardłowo, kiedy się opieram i przyciąga mnie do siebie. Zamykam oczy, kiedy wyciąga prezerwatywę. Nie chcę tego widzieć. Nic nie chcę widzieć. Zawsze mam zamknięte oczy. Wtedy mogę sobie wyobrazić, że to co robimy jest przyjemne. Staram się myśleć o zielonej łące, zarośniętej konwaliami, a wśród nich ja i ktoś kto kocha mnie tak, jak ja kocham jego. Tymczasem rzeczywistość nie jest tak piękna. Leżę na brudnym materacu, na mnie leży znienawidzony barbarzyńca. Nie reaguję na jego powarkiwania, chcę tylko, by on już przestał. Ostatni raz zaciska dłonie na pościeli i zostawia mnie w spokoju. Zrywam się niemal od razu i biegnę tam, gdzie czuję się bezpieczniej niż tutaj. Stoję przy drzwiach i czekam, aż przyjdzie. Odsuwam się od niego możliwie najdalej, kiedy otwiera zamek. Klepie mnie w tyłek, kiedy przechodzę, ale ignoruję to. Wsadza mi jeszcze w dłoń metalową miskę z plackami ziemniaczanymi i zatrzaskuje drzwi. Schodzę po schodach, trzymając się zardzewiałej barierki i starając się nie upaść. Kładę miskę na ziemi, obok dwóch materacy, a drobna dłoń sięga niemal natychmiast po placek. Siadam obok niej.
- Cześć. - szepczę zachrypniętym głosem. Nie odpowiada. Nigdy się nie odzywa. Głaszczę ją po plecach, a ona uśmiecha się do mnie delikatnie. Nie znam jej imienia, ale mówię do niej Ali. Dotyka mojej dłoni, po czym sięga po kolejny placek i patrzy na mnie wyczekująco. Chce, żebym też zjadła. Robię to, czego chce i siedzimy razem w ciszy, jedząc letnie placki ziemniaczane.



                                                               ~ HARRY ~

 Pogoda za oknem dawała się we znaki. Niebo przybrało granatową barwę, a wiatr roznosił wszystko po ulicy. Był to dopiero ranek, a już zbierało się na wielką burzę. Westchnąłem, widząc typową pogodę dla Londynu.
 Miejsce, do którego uczęszczam na praktyki jest niezbyt przyjazne. Białe ściany, kaftany bezpieczeństwa, krzyki, po których zawsze przechodzą mnie dreszcze. W pewien sposób podoba mi się to. Ta lekka groza, którą czuję w towarzystwie osoby, która widzi świat całkiem inaczej. Czasami zastanawiam się, czy przypadkiem sam nie jestem chory.
 Zakryłem świat za oknem, spuszczając roletę. Spojrzałem na zegar, który dawał jedyny dźwięk w tym pomieszczeniu. Musiałem już wyjść z domu, by zdążyć do jedynego szpitala psychiatrycznego w Londynie. W mojej pracy liczy się punktualność, dlatego zawsze przychodzę dziesięć minut wcześniej. Nigdy nie wiadomo, co może się stać po drodze. W tamtym miejscu nie przyjmują żadnych wymówek. Wyrzucają bez słowa.
 Owen Hetfield i jego żona, pani Hetfield są dyrektorami tego szpitala. Oboje są grubo po pięćdziesiątce, ale nie jest to miłe, starsze małżeństwo. Są bardzo surowi i bezustannie kontrolują naszą pracę. Żona pana Owena jest najbardziej niezadowoloną osobą w całej instytucji. Jeszcze nigdy nie widziałem na jej twarzy uśmiechu. Patrzy na podopiecznych, jak na zwierzęta, co mnie irytuje. Nie lubię, gdy ktoś uważa się za lepszego, tylko dlatego, że ma więcej pieniędzy. Mam wrażenie, że ta kobieta nienawidzi swoich pacjentów za to, że są chorzy. Ciekawe, czy Hetfield kiedykolwiek pomyślała, jak czują się ci ludzie, zamknięci w czterech ścianach.
 Wsiadłem do samochodu i odjechałem w stronę internatu,w którym mieszka Louis. Chłopak zawsze zabiera się ze mną, gdy jadę na praktyki. On również pracuje w szpitalu, co jest dla mnie wielkim pocieszeniem. Nie rozmawiam zbyt wiele z pracownikami, większość to kobiety. Niektórzy pacjenci czasami coś powiedzą, ale te rozmowy nie mają najmniejszego sensu. Mruczą słowa pod nosem i patrzą na mnie spod byka. Nie jest to przerażające, ale inne pielęgniarki nieraz proszą mnie i mojego przyjaciela o pomoc, bo pacjent zachowuje się podejrzanie. To normalne zachowanie ze strony tych ludzi. Nie chciałbym być jednym z nich. Życie w klatce, do której ktoś przynosi jedzenie, sprząta, wyprowadza na 30 minutowy spacer po budynku. To nie jest życie normalnego człowieka. To jest życie małego, bezbronnego kanarka.
 Zauważyłem przyjaciela. Machał dłonią w moją stronę, bym zatrzymał się na podjeździe. Zjechałem na brukowaną kostkę i otworzyłem mu drzwi od środka samochodu.
- Siemka. - Uścisnął moją dłoń i zapiął pasy bezpieczeństwa. Torbę, którą wcześniej miał przewieszoną przez ramię, rzucił na tylne siedzenia.
- Żałuj, że nie było cię na ostatnim meczu. Nasi wygrali 3:0 - oznajmił, jakby to była najlepsza rzecz na świecie. Myślę, że dla Tomman'a to była świetna wieść. On jest fanatykiem piłki nożnej. Wywnioskowałem to z tego, że prawie codziennie gada o meczach i gra nałogowo w Fifę. Nieraz radziłem mu by zaczął trenować, ale za każdym razem wymawia się na niesprawne kolano. Tak skrycie myślę, że on po prostu boi się porażki. Pamiętam ten dzień, gdy oddawaliśmy nasze testy. Brunet ze strachu, że obleje, obgryzł wszystkie paznokcie.
- To coś nowego. Zawsze przegrywają - zauważyłem, spoglądając na niego. Słysząc moją uwagę, przygryzł policzek i podrapał się po głowie.
- Tak, ale to wina trenera - prychnął.
Cały Louis. Lubi zwalać winę na innych.


                                                                       ஐ ஐ ஐ 


 Wiozłem metalowy wózek z jedzeniem dla ostatniego pacjenta. Otarłem spocone czoło i przeczesałem włosy palcami. Dzisiejszy dzień był ciężki. Biegałem od sali do sali, robiłem to, co kazały mi pielęgniarki. Można by powiedzieć, że pełniłem rolę chłopca na posyłki. Na dodatek musiałem pomagać nowej dziewczynie, która również jest na praktykach.
 Pagie Williams, tak się przedstawiła miła blondynka. Lunch zjadłem z Louisem i nową praktykantką. Widziałem, że nie podoba się to mojemu przyjacielowi. Gdy pan Hetfield przedstawił pracownikom z naszego oddziału Pagie, Lou nie był zadowolony. Cicho prychnął i odwrócił wzrok.  To było na tyle z jego strony. Podczas lunchu nie zamienił z blondynką jednego mądrego zdania, mruczał sarkastyczne 'och, doprawdy?' gdy ta opowiadała o swojej szkole i domu rodzinnym. Nie wiedziałem, skąd u niego ten zły humor i wrogie nastawienie do dziewczyny. Moim zdaniem była bardzo ładną i sympatyczną osobą.
 Poprosiłem ochroniarza, żeby otworzył celę pacjenta. Umięśniony facet w uniformie przekręcił duży klucz i otworzył szeroko drzwi, dając mi miejsce na wjazd.
- Dobry wieczór, czas kolacji - oznajmiłem i położyłem tackę z jedzeniem na stoliku. Chuda jak patyk Angela nawet nie spojrzała. Siedziała na łóżku i wpatrywała się w górę. Skierowałem wzrok w ten sam punkt. Było to prostokątne okno w prawym, górnym rogu ściany. Chciałem zapytać, nad czym tak rozmyśla, ale ugryzłem się w język. Ostatnim razem wpadła w furię i dostałem w twarz. Uroki tej pracy.
- Mam nadzieję, że zjesz większość. Smacznego i dobranoc - mimo tego, że niektórzy pacjenci byli agresywni i wulgarni, starałem się być uprzejmy dla każdej osoby. Widziałem w nich normalnych ludzi z przykrym przypadkiem, czyli chorobą. Gdy opuściłem celę, ochroniarz zatrzasnął metalowe drzwi, a elektryczny zamek automatycznie zablokował wejście.
- Jak ty to wytrzymujesz? - zapytał ochroniarz, siadając na krześle pod ścianą. Uniosłem brew i krzywo stanąłem naprzeciw jego osoby.
- O czym mówisz? - bąknąłem, ale domyślałem się o co mu chodzi. Chrząknął, równocześnie przewracając oczami. Podrapał się po jednodniowym zaroście.
- Usługujesz tym wariatom, choć oni i tak mają to gdzieś - powiedział ze skwaszoną miną. Właśnie tacy ludzi byli u mnie skreśleni. Zero współczucia, zero wyrozumiałości.
- Oni też zasługują na normalne życie. Gdyby mieli wpływ na to, co ich spotkało, na pewno cieszyliby się zdrowiem i spokojnym życiem. Oni wiedzą co to prawdziwe cierpienie, a ty narzekasz na niską pensję - nie wiem dlaczego to dodałem. Obiło mi się o uszy, że Greg miał problemy do Hetfield'a w sprawie zarobków. Mężczyzna szeroko otworzył oczy, ale milczał.
- Nigdy nie wiesz, czy ciebie też to w przyszłości nie spotka - westchnąłem i zostawiłem go samego. Czuję, że nie będziemy mieć wspólnych tematów.


                                                                ~ BIANCA ~

 Ali znów płacze. Jest już ciemno, chcę spać, ale dziewczyna pociąga głośno nosem i zmuszona jestem wstać i położyć się obok niej. Gwałtownie nabiera powietrza, kiedy czuje moje ciało tak blisko.
 Jest tu od roku, a ja od dwóch lat. Wydaje mi się, że jest młodsza ode mnie. Mijający czas zostawia trwałe ślady na naszej psychice, choć ona znosi to inaczej niż ja. Ali zamyka się w sobie, na wszystko reaguje płaczem, odsuwa się nawet ode mnie. Czasami zastanawiam się o czym myśli, czy zupełnie postradała już zmysły. Kocham ją, jak siostrę, ale jestem jej zupełnym przeciwieństwem. Na górze jestem spokojna, przy Ali również, ale gdy tylko mogę, kopię ścianę, drapię paznokciami i miską, starając się stąd wydostać. Palce mam zawsze poranione, kolana odrapane, włosy skołtunione. Myjemy się raz w tygodniu, nikt o nas nie dba. Jesteśmy zdane tylko na siebie.
 Czasami zastanawiam się, czy ktoś nas szuka, czy ktoś zauważył, że nas nie ma. Czy kiedykolwiek stąd wyjdziemy?


    ___________________________________________________________________________


 Witaj na nowym blogu. Jak sądzę przybyłaś tu z jednego z naszych poprzednich blogów, ale jeśli nie, to serdecznie na nie zapraszamy, linki są po lewej stronie.
 Mamy nadzieję, że rozdział pierwszy Ci się spodobał i nie zawiodłaś się na nim. Akcja już niedługo się rozwinie, dlatego zaglądaj tu czasem :)
 Do następnego, Enjoy!
~ Obli Viate
~ Carrie SS.





Theme by violette